To poetycka " Opowieść o Abelardzie i Heloizie", której życie dopisało inny koniec. To zapis wielkiego niespełnionego uczucia, które targało dwojgiem ludzi będących w dwu różnych momentach swojego życia. Spotkali się w roli uczennicy i mistrza, by płomienną, żarliwą, namiętną miłość zepchnąć w otchłań bezsensu. To również credo dojrzałego mężczyzny, który w poszukiwaniu spełnienia próbował owocu jeszcze nazbyt niedojrzałego. ... Jeżeli znajdę kiedyś wielki ogród zamieszkamy w nim razem a ty z zebranej przędzy babiego lata utkasz swój ślubny welon a ja zaproszę wszystkie świerszcze do naszej weselnej kapeli W rozkwicie polnych maków w czerwieni czerwca poślubię cię przed łąką i ptakami przed brzozą i wodą w strumieniu i przed maleńką mrówką która nigdy nie zwątpiła w sens swojego życia... Bo " życie to jest teatr w którym wszechświat zamknął piękno, (...) w którym musimy zagrać siebie od początku do końca". Kiedy " myślałem, że miłość to jest tylko żart, (...) oto wypełniło się moje przeznaczenie. Kiedy usiadłem pod krzyżem samotności i zwątpienia, wtedy dojrzałem w tłumie uśmiech osiemnastoletniej dziewczyny". Ale " odeszłaś jak we śnie przerwanym dzwonieniem kurantów (...) i nie zdążyłem opowiedzieć ci mężczyzny i nie dokończyłem modlitwy na różańcu twojego ciała". Znów samotny w wigilijną noc " na choince porozwieszałem wszystkie słowa przez ciebie dotychczas wypowiedziane a wśród nich mama i tata (...),przy smutku i nadziei stole życzę ci córeczko by nowonarodzony Bóg (...) przywołał nas troje".