Andrzej Zaniewski - Ku przyszłości „ Gdybym ja wiedziała wtedy tyle, co wiem teraz… Gdybym wiedziała.” (Sześciu synów Sztaficera, Anna Błachucka) W połowie lat siedemdziesiątych XX wieku badacze i teoretycy literatury wróżyli kres powieści w istniejącej formie, uznając, że wszystko zostało już powiedziane i przewidziane. Dzisiaj tamte tezy wydają się głęboko niesłuszne, a po krótkiej erze antypowieści wręcz groteskowo i logicznie nieuzasadnione. Wielki pisarz André Malraux w swym ostatnim zbiorze esejów Przemijanie w literaturze, analizując przyczyny tworzenia – od Dostojewskiego do Prousta – pisał (a ja przepraszam, że wyrywam ten fragment z obszernego kontekstu): „ Bo prawdziwa powieść ma zawsze jeden prawdziwy temat, to, co najgłębiej obchodzi autora, bez względu na to, czy zdaje on sobie sprawę z tego, czy nie”. A to zdanie jak żadna inna interpretacja odnosi się najpełniej do ostatniej powieści Anny Błachuckiej Sześciu synów Sztaficera, którą właśnie przeczytałem. Zanim jednak wyjawię moje osobiste sugestie dotyczące przyczyny – celu napisania tej znakomitej książki, postaram się wyjaśnić, dlaczego uważam ją za wybitny sukces literacki, bliski arcydziełu. Akcja dzieje się i wynika z misternych, wielowątkowych dialogów pomiędzy staruszką Majdanową – energiczną babcią cmentarną z Ciesiołkowa, a Tereską, atrakcyjną, nowoczesną mieszkanką małego miasta, powracającą do swych korzeni, a konkretnie do grobów ojca, matki, brata… I co ważne – też piszącą książki. W tle, jakże wyraziście zarysowanym, odnajdujemy jej męża, dwudziestopierwszowiecznego mieszczanina – wielbiciela piłki nożnej, bagatelizującego, a często wyśmiewającego tęsknoty i ambicje swej żony. Pomiędzy nimi obserwujemy stan chronicznego niezrozumienia i nieporozumienia, chociaż im bliżej epilogu... Nie chcę uprzedzać zaciekawionych czytelników. Gwałtowne emocje, burzliwe odczucia, różnorodne chwile zaciekawienia przeżywamy, gdy otaczają nas umiejętnie dozowane wspomnienia. Świat zmarłych przemawia zdecydowanie, nie tylko w tej powieści, dominując, a na pewno czynnie uzupełniając również nasze losy. Cudowna gmatwanina biografii - i jakże sprawnie przedstawiona! Błachucka pielęgnuje szczegóły, momenty, oddechy i ostatnie tchnienia. Kompozycja wobec całości dzieła służebna, tu decyduje o naszej percepcji, przybiera kształt tradycyjnej opowieści, rozwijającej się systematycznie, jak w balladzie, punkt po punkcie, wyjaśnienie za wyjaśnieniem. Historia każdego z synów wiejskiego superlidera Sztaficera to odmienna droga życia, a raczej rozbieżne rozstajne drogi i… własna, niepowtarzalna śmierć. Ich losy odzwierciedlają całość polskiego istnienia tu i teraz i tuż po wojnie, aż do dzisiaj. I wielu czytelników dojrzy tu własną historię, rodzinne odbicia. I być może poruszą ich mądre, gorzkie słowa doświadczonej kobiety: „ A nie ma gorszej kary, niż śmierć własnego dziecka, a jego naszło sześć zgonów”. Zadziwia nas twardy upór, stanowczość Majdanowej w rozmowach z Tereską. Nie wiemy przecież nic o zleceniu, bliskim misji, jakie wypełnia. A charakterystyka zmarłego Sztaficera – tytułowego herosa Sztaficera – co stronę wzbogaca się o nowe cechy. Już nie tylko legendarny siłacz, mocarny casanova, lecz również najbogatszy gospodarz i myślący, uczciwy człowiek. I co najważniejsze – odważny, świadomy swych możliwości, a chociaż często skłócony z losem – nieunikający ryzyka. Majdanowa boi się powiedzieć prawdę, walczy ze sobą, bo przecież najłatwiej byłoby wszystko wyjawić, a jednak... Te wahania, niedopowiedzenia, ukradkowe słowa, powstrzymywanie długiego języka Błachucka odtwarza, maluje, kreśli z mistrzowską precyzją. Pada określenie bajstruk – w gwarze nieślubne dziecko, lecz bohaterka nie orientuje się, nie przeczuwa, że odnosi się ono do niej, chociaż błyskawicznie reaguje aforyzmem: „ Dobra córka zastąpi siedmiu synów”. Cmentarz jest podstawowym, chociaż niejedynym miejscem akcji. To znamienny wybór autorki. W realnym życiu na cmentarzu kończy się większość codziennych problemów, w powieści odwrotnie. Majdanowa przywołuje nie cienie, lecz sylwetki konkretne – indywidualności, których losy związane są z główną bohaterką. A Teresa stanowczo zaprzecza, by poważnie traktowała zaloty Soreny – najmłodszego syna Sztaficera. Intryga nabiera tempa, chociaż czytelnik nie wie jeszcze, co go w tych relacjach fascynuje. A Majdanowa nie ustaje w aluzjach: „ Besztać cię nie mam prawa. Obserwuję cię teraz na cmentarzu. Nie zachodzisz na jego grób. Gdybyś go chociaż trochę koło serca miała, tobyś stanęła przy jego pomniku. Nogi by cię same do jego prochów podprowadziły. Nawet na pogrzeb nie przyjechałaś. Ale ja już na tym weselu wiedziałam…”. Lektura przypomniała mi Umarłych ze Spoon River Edgara Lee Mastersa słynnego poety amerykańskiego. Tylko że tam zmarłych łączy „ amerykański sen”, a tu, na polskim, wiejskim cmentarzu – związki wprost rodzinne, znacznie silniej, bo bezpośrednio zbliżające. Pojęcie rodu rozszerza się. Kaszki stają się synonimem znaczącym w wiejskiej wspólnocie. Autorka umiejętnie stopniuje napięcie, rozbudza ciekawość, a staruszka cmentarna wydaje się wróżką, opowiadającą co prawda o przeszłości, jednak dla przyszłości. Nie chcę tu zbyt wyraźnie interpretować tekstu, ufając, że czytelnik sam odnajdzie wszystkie fascynujące momenty. Powieść urzeka harmonią stylu, zharmonizowaniem treści i formy, idealnie dopasowaną kompozycją. Jakbym zagłębiał się w baśń – rozbudowany epos o ojcu i sześciu synach-herosach o bogatych, różnorodnych, a jakże nam bliskich sylwetkach moralnych. Kreacje psychologiczne bezbłędnie dopasowane i nam bliskie. Język powieści przynosi wiele niespodzianek. Zmienny, rozgorączkowany, nieposkromiony, cudowny... Przypomniałem sobie zwroty, określenia, słówka, ksywki wplatane w rozmowach z bliskimi w połowie ubiegłego stulecia. Moja babcia używała ich często: sołowiej, ćwirkun, łońskiego roku – to jeszcze pamięłam. Błachucka sięga po całe bogactwo polszczyzny: gwary, stylizację, uczuciowe wykrzykniki – wszystko jest, trwa i dzięki temu może przetrwa. Powstaje, rodzi się, można już dostrzec nowy kanon literatury o ziemi, tu o naszej, polskiej ziemi. Przez lata pisarze relacjonowali, a i piętnowali nieprzerwaną wędrówkę chłopów do miasta, uzasadnianą rosnącymi potrzebami cywilizacyjnymi. Dziś, po tylu zwrotach i wirażach dziejowych, ukazują nie tyle odwrotność tamtych sytuacji, co zainteresowanie powrotem (przeważnie) krótkotrwałym na wieś, do wyidealizowanej lecz unowocześnionej rzeczywistości, i często przeżywają rozczarowanie. Są to już bowiem obywatele miasta? pamiętający – chwała im za to – o swych prawdziwych korzeniach. Dzisiejsza wieś to przecież inny świat, jakże odmienny od znanego nam z utworów Władysława Reymonta, Lucjana Rydla, Jalu Kurka czy Stanisława Piętaka. A twórczość Anny Błachuckiej w tym również poprzednia jej powieść, Ostatni chłop, to spojrzenie eksperta z drugiej dekady XXI wieku. A przesłanie? Temat najważniejszy, o jaki upominał się André Marlaux – o czym pisałem na początku? Ten najgłębszy sens, czyli to, co dla autorki niewątpliwie jest najcenniejsze? Sześciu synów Sztaficera to współczesna legenda o nieuchronności klęski, jaką jest śmierć, i o próbie przeciwstawiania się jej destrukcyjnej, przebiegłej potędze. Świadomość tego właśnie obowiązku dotyczy szczególnie pisarzy: trzeba być uczciwym i pamiętać, jak wiele łączy nas z tymi, którzy odchodzą. To cel istnienia literatury wobec przemijania. Krucha to obrona, a jednak szansa na bodaj krótkotrwałe zwycięstwo i dalszą grę. Bo warto.