{
  "type": "edition",
  "site": {
    "name": "Kołczan Książek",
    "language": "pl-PL",
    "url": "https://www.kolczanksiazek.pl"
  },
  "formats": "Każda podstrona ma dwie wersje z tymi samymi danymi: JSON (adres strony + .json) i markdown (adres strony + .md). Do każdego `url` w tym dokumencie można dopisać .json albo .md.",
  "title": "Bo cię kocham / Słodka wendeta",
  "subtitle": null,
  "url": "https://www.kolczanksiazek.pl/annie-west/bo-cie-kocham-slodka-wendeta/9788329123389",
  "publisher": "harlequin",
  "translators": [
    "Monika Łesyszak",
    "Barbara Bryła"
  ],
  "medium": "paper",
  "duration_seconds": null,
  "narrators": [],
  "isbn": "978-83-2912-338-9",
  "pages": 320,
  "published": "2026-10-27",
  "language": "pl_PL",
  "cover": "https://quivercdn.com/covers/harlequin/annie-west/bo-cie-kocham-slodka-wendeta_978-83-2912-338-9-2806186a.webp?v=2026-10-10%2002%3A18%3A12",
  "json": "https://www.kolczanksiazek.pl/annie-west/bo-cie-kocham-slodka-wendeta/9788329123389.json",
  "markdown": "https://www.kolczanksiazek.pl/annie-west/bo-cie-kocham-slodka-wendeta/9788329123389.md",
  "binding": "Softcover",
  "description": "Przedstawiamy \" Bo cię kocham\" oraz \" Słodka wendeta\", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO. Fotomodelka Laura Bettany podczas sesji zdjęciowej w Australii wdaje się w romans z Vassilim Thanosem. Zauroczeni sobą kochankowie planują następne spotkania, ale Vassili, pod pretekstem pilnej sprawy rodzinnej, wraca do Grecji i przestaje się odzywać. Laura zaczyna czytać o nim w internecie i dowiaduje się, że grecki miliarder wyjechał na własne zaręczyny. Gdy odkrywa, że jest w ciąży, nie zamierza nic mówić Vassiliemu, który tak bardzo zranił jej uczucia. On jednak niespodziewanie zjawia się u niej w domu… Zaccheo Giordano wychodzi po roku z więzienia. Myśli tylko o zemście na rodzinie Penningtonów, przez której oszustwa tam trafił. Chce się też odegrać na Evie Pennington, niedoszłej żonie, która, jak sądzi, również nie jest bez winy. Zjawia się na rodzinnym przyjęciu i żąda, by Eva go poślubiła. Zaccheo obmyślił plan zemsty w najdrobniejszych szczegółach, jednak wkrótce okazuje się, że nie wszystko był w stanie przewidzieć… Fragment książki Vassili leżał z głową wspartą na zgiętym ramieniu. Poduszki dawno spadły, ale brakowało mu energii, żeby po nie sięgnąć. Nie powstrzymał jednak pokusy, żeby przesunąć ciężką ręką po doskonałym dziele sztuki od długiej eleganckiej szyi, przez smukłą talię, po jędrne pośladki i złączenie długich, smukłych ud, skąpanych w jasnym świetle poranka. Drgnęła, jakby oczekiwał za dużo. Nic dziwnego. Przeżyli eksplozję namiętności, intensywniejszą niż jakiekolwiek inne doświadczenie. Pierwsze zbliżenie porównywał do szybowania w przestworzach albo zdobycia Mount Everestu. Drugie, trzecie, czwarte i kolejne nie powinny już robić tak piorunującego wrażenia. Wciąż jednak budziła w nim nie tylko pożądanie, ale coś jeszcze. Czyżby zaborczość? Nie, niemożliwe. Nie leżała w jego naturze. Podniosła na niego zamglone i podkrążone oczy. Żadne z nich nie zmrużyło oka minionej nocy. – Już? Nie za wcześnie? – spytała z niedowierzaniem. Zawstydziła go. Podczas kiedy Vassili wypoczywał w kurorcie, Laura pracowała od rana do nocy przez kilka poprzednich tygodni. – Przepraszam. Nie mogłem się oprzeć, ale lepiej odpocznij. Uprawiali miłość tyle razy, że dawno powinno ich dopaść zmęczenie i senność. Choć Vassili marzył o tym, żeby znów usłyszeć, jak szepcze jego imię w ekstazie niczym sekretne zaklęcie, cofnął rękę. Na szczęście zgięte udo zasłaniało widoczny dowód jego pożądania. Laura gwałtownie nabrała powietrza i strząsnęła włosy z twarzy. Poranne światło uwydatniało wysokie kości policzkowe, kilka uroczych piegów na nosie i zachwycające orzechowe oczy. Czyżby zobaczył w nich rozczarowanie? Nieważne. Uznał, że nie pora ulegać samolubnym zachciankom. – Śpij dobrze, kopela mou. Zachowajmy siły na później. Pocałował ją czule. Jak zwykle oddała pocałunek, słodko i niewinnie, gładząc go po policzku. Dotyk ciepłej dłoni uświadomił mu, że się nie ogolił. Dopiero teraz dostrzegł czerwoną smugę na szyi i drugą na biuście. Zawstydził się, ale równocześnie doznał satysfakcji, że zostawił na jej skórze swój znak. Kolejny objaw zaborczości, tak nietypowej, że złożył ją na karb niedospania. – Wybacz, że cię podrapałem. Nie chciałem cię skrzywdzić – wyznał ze skruchą. – Nie przepraszaj. Wolę, kiedy nie jesteś zbyt gładki. On gładki? Jedyny jego ukłon w stronę cywilizowanego zachowania stanowiła wizyta u fryzjera tamtego popołudnia, kiedy zobaczył, jak filmują ją na plaży. Ostrzygł się i ogolił, żeby nie wystraszyć jej wizerunkiem wagabundy, kiedy zapraszał ją do baru. Uniósł jej rękę i ucałował. Pachniała nasyconą kobietą i tropikami. Zaczynał popadać w uzależnienie od zapachu mydła w płynie nutą kokosu i limonki, bardziej kuszącego w jego odczuciu niż najdroższe perfumy. – W każdym razie pójdę się ogolić na później. Ty odpocznij – dodał, muskając jej usta kolejnym przelotnym pocałunkiem. Odczekał, aż zamknie oczy i zacznie wolniej oddychać, zanim poszedł do łazienki wziąć zimny prysznic. Laura obudziła się słodko ociężała. Wielokrotnie w ciągu nocy miękła w ramionach Vassiliego. Gdyby ktoś jej przepowiedział, że czyjeś roześmiane oczy, erotyczna charyzma i troskliwa natura skłonią ją do tygodniowego romansu z nieznajomym, nie uwierzyłaby. Mogłaby stanowić wzorzec nieufności wobec płci przeciwnej. Jedyny wyjątek potwierdzający regułę stanowił jej najlepszy przyjaciel imieniem Jake. W wieku dwudziestu pięciu lat wiedziała, że prędzej piekło zamarznie, niż ona zaufa mężczyźnie. Jednak Vassili ujął ją mieszaniną zmysłowości z rozbrajającą szczerością. – Pragnę twojego wspaniałego ciała i uśmiechu, promiennego jak słońce. Chcę cię poznać i mam nadzieję, że również tobie sprawić przyjemność – wyznał szczerze podczas pierwszego spotkania. Każdemu innemu pokazałaby plecy, ale jej ciało wysyłało inną wiadomość: Tak, tak, tak. Co dziwne – posłuchała. Nikt wcześniej tak jej nie pociągał. Wzruszył szerokimi, opalonymi ramionami i dodał ze śmiechem: – Wybacz mój brak subtelności, ale stawiam na otwartość. Wyjaśnił z wyraźną nutą autoironii w głosie, że nie traktuje siebie zbyt serio i lubi grać w otwarte karty. Potem przeprosił za to, że prawdopodobnie ją uraził, i zapytał o właśnie ukończoną sesję zdjęciową. Usiadła obok niego w plażowym barze i przyjęła bezalkoholowy koktajl, pokryty nieprawdopodobną ilością kawałków tropikalnych owoców. Przez następną godzinę wypytywał ją o pracę modelki. Oszczędził jej typowych uwag na temat pozowania w kostiumie kąpielowym i pytań, czy pozuje nago. Poprzestał na sprawach zawodowych. Uważnie słuchał i robił wrażenie szczerze zainteresowanego. Na jej pytanie odpowiedział, że przyjechał z Grecji na wakacje, po czym szybko zmienił temat na jej osobę, Wielką Rafę Barierową i fantastyczny, tropikalny raj wokół Port Douglas. Ilu mężczyzn na jego miejscu przepuściłoby okazję mówienia o sobie? Choć Laura zdawała sobie sprawę z własnej stronniczości, podejrzewała, że niewielu. Przyjęła zaproszenie na kolację, podczas której rozbawił ją opowieścią o swoich fałszywych wyobrażeniach na temat Australii. Potem wymienili historyjki różnych niefortunnych przygód w podróżach. Choć z każdą chwilą coraz bardziej ciągnęło ich do siebie, nadal mogłaby odeprzeć pokusę, gdyby nie jego bezwzględna uczciwość, jakiej nie oczekiwała od nikogo prócz Jake’a. Vassili przyznał, że nie szuka stałego związku. Oferował tylko zabawę, seks i tyle przyjemności, ile zapragnie. Mimo to nie dotknął jej nawet palcem, ale samo jego spojrzenie działało jak pieszczota. Tak więc, kiedy w końcu się pocałowali, uznała to za rzecz nieuniknioną i właściwą. Tak bardzo, że po jednej wspólnej nocy odłożyła plan wyjazdu, a Vassili przedłużył rezerwację, żeby z nią zostać. Przyznał, że w kraju czeka go praca, ale dodał, że może ją wykonywać zdalnie. Nie zauważyła jednak, żeby pracował, nie licząc jednej rozmowy telefonicznej. Ona miała przerwę pomiędzy zleceniami, ale powinna ją wykorzystać na tworzenie projektu własnej działalności. Jednak od dawna nie odpoczywała. Wciąż pracowała nad takim czy innym projektem. Z pewnością zasługiwała na odpoczynek. Być może dlatego odbierała chwile z Vassilim jako cudowne. Po traumie z dzieciństwa pragnęła pewności i poczucia bezpieczeństwa. Pracowała równie ciężko jak wszyscy, których znała. Wyrobiła sobie reputację niezawodnej profesjonalistki i systematycznie oszczędzała. Spontaniczne decyzje o uleganiu zachciankom nie leżały w jej charakterze, ale przy Vassilim czuła się szczęśliwsza, wolniejsza, bardziej żywa niż kiedykolwiek. Za nic w świecie nie przepuściłaby takiej okazji. Przed kilkoma dniami wymienili numery telefonów. Vassili zaprosił ją do Grecji. Zdecydował też obejrzeć w Australii więcej, niż dotąd zamierzał. Już planował powtórną wizytę jeszcze w tym samym roku. Jego mina powiedziała Laurze, że nie interesuje go Uluru czy Tasmania. Zmysłowe spojrzenie i aksamitny głos upewniły ją, że to ją chce zobaczyć. Nie zasugerował bynajmniej, że myśli poważnie o bliższej relacji. Nie uwierzyłaby, gdyby ją o tym zapewnił. Nie robiła sobie romantycznych złudzeń. Mimo to serce jej mocniej zabiło. Nie czekała ich wspólna przyszłość, ale było jej z nim zbyt dobrze, żeby już zakończyć romans. Z uśmiechem zapadła głębiej w łóżko. Zważywszy jej przeszłość i nieufność, nie przypuszczała, że kiedykolwiek wyjdzie za mąż, ale pomysł przedłużenia erotycznej przygody z czułym kochankiem i wspaniałym towarzyszem brzmiał kusząco. Jasno dał do zrozumienia, że nie dąży do założenia rodziny, ale ona też nie. Poznała niemal idealnego partnera. Drzwi zaskrzypiały i otworzyła oczy. W progu stanął Vassili, już ubrany, nie w kąpielówki, lecz w lekkie spodnie i miękką koszulę. Miał mokre włosy po kąpieli, ale nie ogolił się, jak obiecał. Kanciastą żuchwę nadal pokrywał cień ciemnego zarostu. Dodawał mu męskości. Wyglądał z nim trochę groźnie. Albo też takie wrażenie robił błysk w ciemnych oczach. Przez pięć dni poznała każdy wyraz twarzy Vassiliego, od rozbawienia po pełną koncentrację, od zaciekawienia po czułość. I co najmniej trzydzieści sposobów wyrażenia radości, ale takiej miny nigdy nie widziała. Ogień w oczach i zaciśnięte usta wyrażały ból i gniew. – Co z tobą, Vassili? Czy wszystko w porządku? – zapytała, choć nie ulegało wątpliwości, że nie. Szedł w kierunku garderoby, ale przystanął i zwrócił ku niej twarz. Rysy mu stopniowo łagodniały, ale sztywna postawa nadal świadczyła o napięciu. Odrzuciła prześcieradło i wstała z łóżka. Podszedł do niej w kilku szybkich krokach, ujął jej dłonie i przycisnął do swojej piersi. Przez materiał koszuli czuła przyspieszone bicie serca. – Dostałeś jakąś złą wiadomość? – spytała, zdjęta współczuciem. – Bardzo mi przykro, Vassili. Dwa razy w życiu złe wiadomości przewróciły jej życie do góry nogami. Nadal pamiętała, jak bardzo cierpiała. Vassili uścisnął jej dłonie i ucałował. Nikt wcześniej nie całował jej w ręce. Nie zdawała sobie sprawy, jaki to czuły i miły gest. – To nie to, co myślisz. Nikt nie umarł. To żadna tragedia tylko pilna sprawa rodzinna do załatwienia. Muszę natychmiast wrócić do Grecji. Nie uspokoił jej. Nie była gotowa na rozstanie, ale odpowiedziała: – Rozumiem. – Dziękuję za zrozumienie. Skupiła wzrok na pięknie rzeźbionych ustach, pełnych, zmysłowych, niemal zbyt pięknych dla mężczyzny, ale doskonale pasujących do bardzo męskich rysów i wspaniałego konturu przystojnej twarzy. Przelotnie pocałowała go w usta. Wmawiała sobie, że dla dodania mu otuchy, ale też gromadziła wspomnienia na przyszłość: dotyku warg, unikalnego zapachu cynamonu, mydła i męskiego ciała, który uspokajał ją i pobudzał równocześnie, przyspieszonego pulsu w każdej chwili bliskości… Z ociąganiem odchyliła głowę. – Spakuję cię, kiedy będziesz załatwiał sobie transport. Albo jeśli wolisz… – Nie, to doskonały pomysł. – Nie wykonał żadnego ruchu, tylko pożerał ją wzrokiem. – Nie chcę cię tak nagle opuszczać. Przeżyliśmy niezapomniane chwile, ale zobaczymy się znowu – obiecał, po czym puścił jej ręce i odstąpił do tyłu. Dzień później serce biło Laurze mocno, gdy wspominała rozgoryczenie w jego głosie. Powinna wracać do domu. Czekało ją sporo pracy, ale Vassili zarezerwował bungalow do niedzieli i zaproponował, żeby w nim została. Zabrakło jej energii, żeby wyjechać. Nadrobiła zaległości w spaniu, ale nie miała siły włączyć laptopa ani telefonu. Nie pamiętała, kiedy ostatnio straciła kontakt ze światem, żyjąc chwilą obecną i nie myśląc o przyszłości. Uwielbiała każdą chwilę tego błogiego, dekadenckiego lenistwa. Zawód modelki i okazjonalna działalność społeczna w centrum wsparcia dla rodzin wiele dla niej znaczyły, ale teraz postanowiła skorzystać z kilku dni niespodziewanych wakacji. Podejrzewała, że powoduje nią głównie tęsknota za Vassilim. Nie chciała opuszczać miejsca, w którym zaznała tyle szczęścia. Ta świadomość wygnała ją z bungalowu. Liczyła na to, że kontakt z ludźmi wyrwie ją z tej dziwnej mieszaniny odrętwienia i niepokoju. Szperała właśnie w ekskluzywnym butiku, gdy usłyszała własne imię. Nikt jej nie zawołał. Ktoś wyszeptał je w podekscytowaniu za jej plecami. Pracowała jako modelka od kilku lat. Odnosiła umiarkowane sukcesy, ale nie zyskała sławy. Reklamy prestiżowego biura podróży jeszcze z pewnością nie opublikowano. Dopiero w minionym tygodniu ukończyli zdjęcia. Ostatnie zrobiono jej na tej plaży, w bikini i sarongu, zachęcające do skorzystania z uroków tropikalnego raju. Mimo to od czasu do czasu ktoś ją rozpoznawał. Ten aspekt swojego zawodu najmniej lubiła, choć nie była już nieśmiałą dwunastolatką, obawiającą się rozpoznania w tłumie. I nie powinna. Lukratywne zajęcie modelki stanowiło doskonały punkt wyjścia dla rozpoczęcia prawdziwej kariery. Mimo tej świadomości z wysiłkiem wyprostowała plecy, zamiast zgarbić, jak dawniej, dla ujęcia sobie wzrostu. Szepty podążyły za nią na ulicę. Zmarszczyła brwi, gdy usłyszała też imię Vassiliego, tak jak wtedy, kiedy pochwyciła zaciekawione spojrzenie ekspedientki. Kiedy wkroczyła do holu, para, którą widziała wcześniej w tym tygodniu, szturchnęła się nawzajem i znów padło imię Vasilliego. Jedna z osób podniosła telefon. Włożyła go z powrotem do kieszeni dopiero, kiedy jeden z pracowników podszedł i coś do nich powiedział. Laura miała dość. Chwilę później zmierzała do odosobnionej kwatery, stanowiącej dla niej raj przez miniony tydzień. W środku wsparła plecy o zamknięte drzwi, zła, że zdenerwowała ją odrobina uwagi. Całe otoczenie przywoływało wspomnienia o Vassilim. Prywatny dziedziniec z głębokim basenem przypominał, jak uprawiali tam miłość w blasku księżyca. W lśniącej kuchni parzył dla niej kawę po grecku. Kiedy ze śmiechem wyraziła zdziwienie, że zabrał w daleką podróż sproszkowaną kawę i tygielek do jej zaparzania, wzruszył ramionami i wyjaśnił, że zaopatrzył go w nią kurort tak jak w soczyste owoce, sery, wyborne wino i inne pyszności. Spytała ze zmarszczonymi brwiami, czy jest znaną osobistością. Odpowiedział, że jego wuj odnosi sukcesy w interesach. Potem odwrócił jej uwagę, tak jak tylko on potrafił i więcej o tym nie myślała. Pomyślała dopiero teraz. Przypomniała sobie bowiem, że kobiety w butiku wymieniły jego pełne nazwisko: Vassili Thanos. Uprzytomniła sobie, jak mało o nim wie. Nie opowiadał o pracy czy rodzinie. Laura o swojej też nie. Vassili określił własną rodzinę mianem dobrze sytuowanej. Nie zadawała szczegółowych pytań. Bardziej interesowało ją, czy jest wolny. Przenigdy nie pozwoliłaby sobie na żaden związek, choćby przelotny, z mężczyzną związanym z kimś innym. O innych sprawach mówił otwarcie. Wspominał dzieciństwo w Grecji i ostatnie wyprawy, w jakich nie miałaby odwagi uczestniczyć. Uwielbiał brawurowe przygody takie jak nurkowanie z rekinami, skoki ze spadochronu czy wspinaczka na klify. Laurę zafascynowały historie o nieznanych miejscach i nieprawdopodobnych wyprawach w dalekie strony. Miała paszport, ale nigdy nie opuściła Australii. Może pewnego dnia odwiedzi Vassiliego w Grecji. Jego zaproszenie nieodparcie kusiło, tak jak on sam. Już korygowała w myślach plany i podsumowywała finanse, marząc o wypoczynku nad Morzem Egejskim. Nikt i nic wcześniej nie odciągnęło jej od realizacji zawodowych planów. Uznała, że to wystarczający powód, żeby wykryć, skąd ci ludzie go znają. Pchnęła drzwi i wkroczyła do pomieszczenia, w którym zostawiła telefon. Poszukiwanie natychmiast przyniosło rezultat. Vassili Thanos słynął z brawurowych przygód i bogactwa. Jego wuj, Constantin Pappas, prowadził jedno z największych przedsiębiorstw transportowych na świecie, a Vassili należał do spółki. To wystarczyło, by uczynić z niego miliardera. Laura dostała zawrotów głowy. Miliarder? To wyjaśniało jego możliwości podróżowania od Afryki po Andy i wszystkie miejsca po drodze, by uprawiać niebezpieczne sporty od samochodowych rajdów po pustyni po eksplorację jaskiń i wspinaczkę na lodowce. Chyba rozumiała, dlaczego zataił przed nią swoje bogactwo. Należał do najszczerszych, najbardziej autentycznych osób, jakie poznała, ale większość ludzi przypuszczalnie traktowałaby go inaczej, gdyby poznała zasobność jego portfela. Pomyślała ze śmiechem, że przynajmniej wie, że pociąga ją jego ciało, nie pieniądze, co nadawało większego znaczenia jego zaproszeniu do Grecji i planom ponownych odwiedzin. Ufał jej. Ona jemu też, ale nie zdradziła żadnych szczegółów z przeszłości. Bez trudu więc wybaczyła mu skrytość. Mimo to bezwiednie przewinęła stronę. Uśmiech zamarł jej na ustach i zabrakło jej tchu. Zamrugała powiekami, przeczytała ponownie i znalazła drugi, podobny tytuł. Z trudem wciągnęła w płuca powietrze. O mało nie zemdlała. Ale Laura nie traciła przytomności, zwłaszcza w obliczu wniosków z przeczytanego artykułu. Vassiliego nie wezwała do ojczyzny nagła choroba w rodzinie ani kryzys w interesach. Wyjechał, żeby ogłosić zaręczyny z długoletnią narzeczoną. Fotografia przedstawiała nie upozowaną parę, lecz dwoje szeroko uśmiechniętych ludzi. Vassili obejmował partnerkę ramieniem. Uwagę Laury przykuła nie ich fizyczna bliskość, tylko wzajemne zrozumienie i czułość w spojrzeniach, świadczące o intymności. Telefon upadł na podłogę, gdy Laura pobiegła do łazienki. Zdążyła w ostatniej chwili, żeby zwrócić śniadanie. Uczynił z niej „ tę drugą”. Wiele mogła wybaczyć, ale nie to. Przenigdy. Trzy miesiące później Vassili skończył analizę kosztów. Usiadł wygodnie i rozważył wszystkie argumenty za i przeciw planowanej transakcji. Zważywszy sytuację ekonomiczną i wyzwania dla łańcuchów dostaw, na pierwszy rzut oka zakup upadającej kompanii żeglugowej zakrawał na szaleństwo. Tyle że upadała z powodu nietrafnych decyzji, a nie wewnętrznej słabości modelu biznesowego. Mimo ostrożności jego wuja Thanos Enterprises nie odniosłoby fenomenalnego sukcesu bez podejmowania ryzyka. To różniło Vassiliego od Constantina. Zostawiony samemu sobie, wuj prowadziłby interesy tak jak niegdyś ojciec, a wcześniej dziadek Vassiliego. Był lojalny, godny zaufania, obrzydliwie uparty, a obecnie stał się przekleństwem dla Vassiliego. Obydwaj wiedzieli, że dzięki podejmowaniu skalkulowanego ryzyka i szybkiemu wykorzystywaniu okazji dla własnych korzyści Thanos Enterprises przekształciło się w ciągu minionej dekady ze średniej spółki w światowego lidera. Najgorsze, że Constantin znał talent Vassiliego do rozpoznawania takich okazji. Właśnie dlatego dokładał wszelkich starań, żeby przygwoździć go do biurka w ateńskiej siedzibie zarządu. Usiłował go przywiązać do rodzinnego interesu, podcinając mu skrzydła i budząc w nim poczucie winy, jakby od lat nie dręczyły go koszmarne wyrzuty sumienia. Jakby mógł kiedykolwiek odejść od własnej rodziny. – Platynowy zegarek z chronografem. Wysadzane brylantami spinki. Złoty sygnet. Sześćset dwadzieścia pięć funtów w gotówce i… obsydianowa karta kredytowa. Tak, to chyba wszystko, proszę pana. Tu proszę pokwitować odbiór. Gryzmoląc po ledwo czytelnym formularzu, Zaccheo Giordano nie reagował na szyderstwo naczelnika. Ani na pełną urazy zawiść w oczach mężczyzny na widok lśniącej srebrzystej limuzyny, czekającej za potrójnymi zasiekami z drutu kolczastego. Romeo Brunetti, współpracownik Zacchea i jedyny człowiek, którego mógł określić słowem „ przyjaciel” stał przy samochodzie, zadumany i bez uśmiechu, obojętny na uzbrojonego strażnika przy bramie i smętne otoczenie. Gdyby Zaccheo był w dobrym nastroju, pewnie uśmiechnąłby się do niego. Ale nie był w dobrym nastroju. Już od dawna. Dokładnie od czternastu miesięcy, dwóch tygodni, czterech dni i dziewięciu godzin. Mógłby to wyliczyć z precyzją co do sekundy. Za dobre sprawowanie skrócono mu półtoraroczny wyrok o trzy i pół miesiąca. Wściekłość wtopiła się w jego DNA. Nie dał nic po sobie poznać, chowając swoje rzeczy do kieszeni. Szyty na miarę w londyńskim City garnitur, w którym przekroczył bramę więzienia, cuchnął teraz stęchlizną, ale nie dbał o to. Nigdy nie był niewolnikiem luksusu. Cenił głębsze wartości. Zaczął piąć się w górę, odkąd dorósł na tyle, żeby poznać życie, w jakim się urodził. Życie będące wirem upokorzeń, przemocy i chciwości. Jego ojciec umarł w upodleniu w wieku zaledwie trzydziestu pięciu lat. Wspomnienia przewracały się niby kostki domina, gdy szedł źle oświetlonym korytarzem na wolność. Brama zatrzasnęła się za nim ze szczękiem. Zatrzymał się i zaczerpnął pierwszy haust świeżego powietrza. Pięści miał zaciśnięte i zamknięte oczy. Wsłuchał się w głosy ptaków, ćwierkających w promieniach zimowego słońca, i szum nieodległej autostrady. Otworzył oczy i ruszył ku potężnej bramie. Po minucie był już na zewnątrz. – Zaccheo, dobrze cię widzieć – powiedział Romeo uroczyście i objął go, mrużąc oczy. Zaccheo wiedział, że fatalnie wygląda. Od trzech miesięcy nie golił się ani nie obcinał włosów. Odkąd poznał prawdę kryjącą się za jego uwięzieniem, prawie nie jadł. Ale sporo czasu spędził w więziennej siłowni. Inaczej oszalałby szarpany żądzą zemsty. Zignorował troskę przyjaciela i podszedł do otwartych drzwi samochodu. – Przywiozłeś to, o co prosiłem? – Si. Wszystkie trzy dossier znajdziesz w laptopie. Zaccheo osunął się na miękkie skórzane siedzenie. Romeo usiadł w fotelu obok i nalał im do szklaneczek włoski koniak. – Salute – wymamrotał. Zaccheo wziął drinka bez słowa i wlał w siebie bursztynowy napój, wdychając zapach władzy i bogactwa. Narzędzi, których potrzebował do realizacji swego planu. Gdy luksusowe auto z niskim pomrukiem silnika zabierało go z miejsca, które przez ponad rok musiał nazywać domem, sięgnął po laptop. Palce mu zadrżały, kiedy po kliknięciu na ekranie pojawił się logotyp firmy Giordano Worldwide Incorporation. Dzieła jego życia, niemal zniweczonego przez czyjąś chciwość i żądzę władzy. Tylko dzięki Romeo firma nie przepadła, kiedy Zaccheo znalazł się w więzieniu za przestępstwa, których nie popełnił. Czuł satysfakcję, że nie tylko przetrwała, a wręcz rozkwitła. Niestety, nie jego osobista reputacja. Teraz wyszedł z więzienia. Był wolny i mógł doprowadzić winnych przed oblicze sprawiedliwości. Nie spocznie, póki ostatnia z osób odpowiedzialnych za zrujnowanie mu życia nie poniesie kary. Potrzasnął dłonią, pozbywając się drżenia, i nacisnął klawisz „ otwórz”. Wypuścił powietrze, kiedy pierwsza fotografia wypełniła ekran. Oscar Pennington Trzeci. Daleki krewny rodziny królewskiej. Absolwent Eton College. Mocno związany z establishmentem. Chciwy. Niewybredny. Portfel jego kurczących się akcji otrzymał potężny zastrzyk kapitału dokładnie czternaście miesięcy i dwa tygodnie wcześniej, gdy stał się właścicielem najsłynniejszego budynku w Londynie – Iglicy. Z lodowatym spokojem oglądał, jak Pennington świętował swój sukces na niezliczonych galach, wystawnych przyjęciach i turniejach polo. Na zdjęciu stał roześmiany z jedną ze swoich córek. Sophie Pennington. Prywatne szkoły łącznie z uniwersytetem. Klasyczna uroda. Modliszka. Wierna kopia Oscara. Z zaciętą miną przeszedł do ostatniego dossier. Eva Pennington. Włosy o karmelowym odcieniu blond spływały jej na ramiona w grubych, niesfornych falach. Ciemne brwi i rzęsy okalały intensywnie zielone oczy, mocno podkreślone czarną kredką. Te oczy pozbawiły go spokoju od pierwszej chwili, kiedy w nie spojrzał. Podobnie jak pełne wargi, na zdjęciu uwodzicielsko uśmiechnięte. Fotografia ujmowała ją tylko do ramion, ale resztę postaci Evy miał odwzorowane w pamięci. Bez trudu przypomniał sobie jej drobne, rzeźbione kształty i to, że zmuszała się do chodzenia na znienawidzonych obcasach, żeby wydawać się wyższa. Przypomniał też sobie jej okrucieństwo. Leżąc na więziennej pryczy, wyrzucał sobie zaskoczenie, jakim była dla niego jej zdrada. Umiał czytać między wierszami, intrygantów i naciągaczy wyczuwał na milę. A jednak dał się nabrać. Z zaciśniętymi ustami przeglądał wycinki rejestrujące życie Evy z ostatnich osiemnastu miesięcy. Przy ostatnim zamarł. – Romeo, jak nowy jest ten ostatni anons? – Dołączyłem go wczoraj. Pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć. – Si, grazie… – Chcesz jechać do posiadłości Esher czy do penthausu? – zapytał Romeo. Zaccheo jeszcze raz przeczytał anons, wyławiając istotne szczegóły. Dwór Penningtonów. Ósma. Trzystu gości. W niedzielę kameralna kolacja w gronie rodzinnym w Iglicy. Iglica… ten budynek miał być największym osiągnięciem Zacchea. – Do posiadłości. – Tam było bliżej. Zamknął komputer i gdy Romeo wydawał instrukcje kierowcy, osunął się na oparcie, licząc, że miarowy szum silnika go uspokoi. Ale daleko mu było do spokoju. Musiał zweryfikować swój plan. Ostatnia informacja wymagała zmiany taktyki. Nie spocznie, dopóki cała trójka Penningtonów nie zostanie pozbawiona tego, co kochali najbardziej – bogactwa i prestiżu. Jego plan nie mógł czekać do poniedziałku. Pierwszy ruch musiał wykonać dziś wieczorem. Zacznie od najmłodszej w rodzinie – Evy Pennington. Swojej byłej narzeczonej. Eva Pennington gapiła się na trzymaną przez siostrę suknię. – Żartujesz? Nie ma mowy, żebym ją włożyła. Dlaczego nie uprzedziłaś mnie, że pozbyliście się moich ubrań? – Kiedy się wyprowadzałaś, powiedziałaś, że ich nie chcesz. Zresztą były stare i niemodne. To przysłano dziś rano kurierem z Nowego Jorku. Pochodzi z najnowszej kolekcji couture. Wypożyczono ją nam na dwadzieścia cztery godziny – odrzekła Sophie. Eva zacisnęła usta. – Nieważne, że utkało ją dziesięć tysięcy jedwabników. Nie noszę sukienek, w których wyglądałabym jak naciągaczka i prostytutka. Zważywszy na stan naszych finansów, myślałam, że ostrożniej wydajesz pieniądze. Sophie obruszyła się. – To suknia jedyna w swoim rodzaju. Jeśli się nie mylę, właśnie w takich twój przyszły mąż lubi oglądać swoje kobiety. Zresztą zdejmiesz ją po czterech godzinach, jak tylko zostaną zrobione odpowiednie zdjęcia i przyjęcie dobiegnie końca. Eva zacisnęła zęby. – Nie próbuj mną rządzić, Sophie. Zapominasz, kto zdobył dla nas pieniądze. Gdybym nie doszła do porozumienia z Harrym, w przyszłym tygodniu czekałoby nas bankructwo. Szkoda, że nie porozmawiałaś najpierw ze mną. Oszczędziłabyś sobie niepotrzebnych wydatków. Ubieram się dla siebie i dla nikogo innego. – Porozmawiała z tobą? Kiedy ty i ojciec odmówiliście mi tej grzeczności, knując ten plan za moimi plecami? Wyraźna zazdrość brzmiąca w głosie siostry zabolała Evę. Jak gdyby nie było dosyć, że od dwóch tygodni dręczyła się podjętą przez siebie decyzją. Mężczyzna, którego zgodziła się poślubić, był wprawdzie jej przyjacielem, a ona pomagała mu w tym samym stopniu, co on pomagał jej, ale małżeństwo było krokiem, którego nie chciała stawiać. Najwyraźniej jednak siostra patrzyła na to inaczej. Niezadowolenie Sophie z powodu każdej jej próby zbliżenia się do ojca było po części przyczyną, dla której wyprowadziła się z Dworu Penningtonów. Ojciec nie był łatwy we współżyciu, ale Sophie zawsze zaborczo pragnęła jego uwagi. Za życia ich matki Eva łatwiej to znosiła, bo sama była ulubienicą matki, choć chciała być kochana na równi przez oboje rodziców. Po śmierci matki każdy pojednawczy gest Evy spotykał się z niechęcią Sophie i obojętnością ojca. Próbowała jednak zrozumieć siostrę. – Nie robiliśmy niczego za twoimi plecami. Wyjechałaś w interesach. – Próbując zrobić użytek z dyplomu w dziedzinie biznesu, co zdaje się, teraz już nic nie znaczy. Bo ty wpadasz po trzech latach śpiewania smętnych ballad w obskurnych pubach i ratujesz sytuację. Lekceważenie jej pasji dotknęło Evę. – Zrezygnowałam z firmy Penningtonów, bo ojciec chciał, żebym złapała tam odpowiedniego męża i ponieważ moje marzenia rozmijają się z waszymi. – No właśnie. Masz dwadzieścia cztery lata i nadal marzysz. Nas nie stać na taki luksus. Nie lądujemy jak kot na czterech łapach, bo żaden milioner na pstryknięcie palców nie rozwiązuje naszych problemów. – Harry ratuje nas wszystkich. Myślisz, że wylądowałam na czterech łapach, zaręczając się po raz drugi w ciągu dwóch lat? Sophie rzuciła suknię na łóżko Evy. – Dla wszystkich, którzy coś znaczą, to twoje pierwsze zaręczyny. Te inne trwały wszystkiego pięć minut. Mało kto o nich wie. – Wystarczy, że ja wiem. – Jeśli moje zdanie się jeszcze liczy, lepiej tego nie rozgłaszaj. Zapomnij o tym. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebujemy, to najmniejszy powiew skandalu. Nie wiem, dlaczego obwiniasz ojca o to, co się stało. Powinnaś być mu raczej wdzięczna, że wyrwał cię ze szponów tamtego mężczyzny. Tamten mężczyzna. Zaccheo Giordano. Nie była pewna, czy zabolała ją myśl o nim, czy wspomnienie własnej naiwności, kiedy uwierzyła, że był inny niż faceci, których wcześniej spotkała. To przez to wolała żyć z dala od rodzinnego domu. To dlatego jej koleżanki kelnerki znały ją jako Evę Penn, hostessę w Syrenie, londyńskim nocnym klubie, gdzie także czasem śpiewała, a nie jako lady Evę Pennington, córkę lorda Penningtona. Odchrząknęła. – Sophie, umowa z Harrym nie dyskredytuje niczego, co robisz z ojcem, żeby ratować firmę. Nie masz powodu do zazdrości. Nie próbuję zająć twojego miejsca… – Zazdrości! Nie bądź śmieszna. Nigdy nie mogłabyś zająć mojego miejsca. Jestem prawą ręką ojca, gdy ty… jesteś niczym innym jak tylko… – umilkła. Po kilku sekundach zrobiła ważną minę. – Niedługo zjawią się goście. Nie spóźnij się na własne przyjęcie zaręczynowe. – Nie zamierzam się spóźniać. Ani wkładać sukienki, która ma w sobie mniej materiału niż nitka, którą ją zszyto. – Podeszła do stojącej naprzeciw łóżka szafy w stylu Jerzego III. Zaglądając tam wcześniej, odnalazła tylko niewielką część garderoby pozostawionej, gdy wyprowadzała się z domu w swoje dwudzieste pierwsze urodziny. Teraz do pracy wystarczył jej strój hostessy, w wolne dni nosiła dżinsy i swetry. Haute couture, dni spędzane w spa, strojenie się dla czyjejś przyjemności należały do przeszłości, którą zostawiła za sobą. Niestety tym razem nie było ucieczki, skoro znalazła sposób na uratowanie rodziny. Odsunęła na bok wspomnienia, wywołane powrotem do Dworu Penningtonów. Zaccheo należał do przeszłości. Był błędem, jaki nie powinien się zdarzyć. Westchnęła z ulgą, kiedy jej dłoń zacisnęła się na jedwabnym szalu. Czerwona suknia była stanowczo zbyt skąpa. Ubrana w nią stałaby się prawdziwym widowiskiem dla trzystu zaproszonych przez ojca gości. Na szczęście mogła okryć się szalem. Wolałaby być gdziekolwiek, byle nie tu, uczestnicząc w tej bladze. Ale czy całe jej życie nie było blagą? Począwszy od rodziców, pozornie idealnej pary, zaciekle ze sobą walczących w domowym zaciszu, póki nie wydarzyła się tragedia w postaci raka matki, aż po ekstrawaganckie przyjęcia i kosztowne wakacje, na które ojciec potajemnie się zapożyczał. Rodzina Penningtonów była jedną wielką blagą, jak daleko sięgała jej pamięć. Pojawienie się w ich życiu Zacchea jeszcze to spotęgowało. Nie, nie będzie teraz myśleć o Zaccheo. Należał do rozdziału jej życia, który został definitywnie zamknięty. Tego wieczora liczył się tylko Harry Fairfield, wybawca jej rodziny i wkrótce jej narzeczony, a także zdrowie ojca i dlatego jeszcze raz dała siostrze szansę. – Dla dobra ojca chcę, żeby dzisiaj wszystko poszło gładko. Czy możemy współpracować? Sophie zesztywniała. – Jeśli masz na myśli jego pobyt w szpitalu dwa tygodnie temu, to nie zapomniałam. – Widok ojca z trudem łapiącego oddech z powodu tego, co lekarze określili jako epizod kardiologiczny, przeraził Evę. To głównie dlatego przyjęła propozycję Harry’ego. – Dzisiaj czuje się dobrze, prawda? – Poczuje się lepiej, kiedy pozbędziemy się dłużników straszących nas bankructwem. Eva wypuściła powietrze. Nie było więc odwrotu, żadnej nadziei na inne rozwiązanie. Nic nie ocali jej przed poświęceniem, na jakie się zdecydowała. Starannie zbadała wszystkie opcje. Zażądała wglądu do ksiąg firmy Penningtonów. Spędziła dzień z księgowymi i upewniła się ponad wszelką wątpliwość, że znaleźli się w poważnych tarapatach. Nieprzemyślany zakup przez ojca Iglicy doprowadził firmę do załamania. Harry Fairfield był ich ostatnią nadzieją. Odsunęła zamek błyskawiczny w sukni, opierając się chęci, aby ją zmiąć i rzucić na ziemię jak szmatę. – Pomóc ci? – spytała Sophie niechętnie. – Nie, poradzę sobie. – Tak jak poradziła sobie po śmierci mamy z odrzuceniem przez ojca. Z coraz bardziej niezrozumiałym zachowaniem Sophie. Ze złamanym po zdradzie Zacchea sercem. – Więc do zobaczenia na dole. Eva wślizgnęła się w suknię, nie patrząc już więcej w lustro po tym, jak pierwszy rzut oka potwierdził jej najgorsze obawy. Sukienka podkreślała jej kształty, odsłaniając całe połacie nagiego ciała. Drżącą ręką umalowała usta, potem wsunęła stopy w pasujące do sukni sandały na platformie. Otuliła ramiona złoto-czerwonym szalem i w końcu zerknęła na swoje odbicie w lustrze. – Głowa do góry, dziewczyno. Przedstawienie czas zacząć. Żałowała, że tych słów nie wypowiedziała szefowa Syreny, jak to robiła, ilekroć Eva wychodziła na scenę. Niestety, to nie działo się w jej klubie. Obiecała poślubić mężczyznę, którego nie kochała, dla ratowania swego rodowego nazwisko. Żadne słowa otuchy nie mogły powstrzymać szarpiących nią emocji. Organizatorzy przyjęcia przeszli samych siebie. Palmy w doniczkach, ozdobne parawany i nastrojowe światła rozmieszczono umiejętnie w głównych salach Dworu Penningtonów, maskując odpadające tynki, rozpadającą się drewnianą boazerię i podarte kobierce z Aubusson, tak pomarszczone, że nie dało się ich już w żaden sposób wygładzić. Eva pociągnęła łyk szampana z kieliszka, który trzymała w ręku od dwóch godzin. Żałowała, że czas nie płynął szybciej. Zgodnie z tekstem wydrukowanym na eleganckich zaproszeniach, przyjęcie miało trwać „ Od dwudziestej do północy”. Musiała się na czymś skupić, żeby nie oszaleć. Z zaciśniętymi zębami uśmiechnęła się, kiedy kolejny gość zażyczył sobie obejrzeć jej pierścionek zaręczynowy. Olbrzymi różowy brylant ostentacyjnie podkreślał bogactwo Fairfieldów. Ciążył jej na palcu jako niezbity dowód na to, że sprzedała się dla nazwiska. Grzmiący głos ojca oderwał ją od tych ponurych myśli. Otoczony grupą wpływowych polityków, spijających słowa z jego ust, Oscar Pennington był w swoim żywiole. Krępy, ale wystarczająco wysoki, żeby tuszować nadwagę, zachował budzącą respekt sylwetkę. Służba wojskowa trzydzieści lat wcześniej pozostawiła w nim rys bezwzględności, co łagodził wrodzonym wdziękiem. Ta mieszanka czyniła go na tyle intrygującym, że przyciągał uwagę, wchodząc do pokoju. Ale nawet ta charyzma nie ocaliła go od finansowego fiaska przed czterema laty. To i niewiele wcześniejsza tragedia związana z chorobą matki Evy sprawiły, że towarzyskie i finansowe kręgi rodziny stopniały niemal z dnia na dzień. Zdesperowany ojciec wszedł wtedy w spółkę z Zaccheo Giordanem. Eva czuła zakłopotanie, że jej myśli krążyły wokół mężczyzny, o którym pamięć zepchnęła do najciemniejszych zakątków umysłu. Mężczyzny, którego po raz ostatni widziała wyprowadzanego w kajdankach. – Tutaj jesteś. Wszędzie cię szukam. Uśmiechnęła się do Harry’ego. Jej stary przyjaciel ze studiów, błyskotliwy geniusz techniczny tuż po dyplomie wykoleił się, jak tylko zdobył sławę i bogactwo. Obecnie multimilioner z wystarczającą ilością pieniędzy, żeby spłacić Penningtonów. Ostatnia nadzieja jej rodziny. – I znalazłeś mnie. – Niewiele przewyższał ją wzrostem. Przy swoich stu sześćdziesięciu trzech centymetrach nie musiała zadzierać głowy, żeby spojrzeć w jego w migotliwe, łagodne piwne oczy. – Owszem. Dobrze się czujesz? – W tych oczach czaiła się troska. – Świetnie – odrzekła pogodnie. Harry jako jeden z niewielu wiedział o jej zerwanych zaręczynach. Zapytał wprost, czy przeszłość z Zaccheo Giordanem nie stanowi dla niej problemu. Jej natychmiastowe „ nie” uspokoiło go. Teraz jednak miał niepewną minę. – Nie denerwuj się, Harry, poradzę sobie – upierała się. Przyjrzał jej się uważnie, a potem zawołał kelnera i wymienił pusty kieliszek szampana na pełny. – Skoro tak mówisz. Ale uprzedź mnie, jeśli to zamieni się w koszmar, okej? Moi rodzice dostaną szału, czytając o mnie znowu w gazetach. Skinęła z wdzięcznością, a potem zmarszczyła brwi. – To miał być spokojny wieczór. – Wskazała na jego kieliszek. – Rany, już mówisz jak żona – zaśmiał się.",
  "book": {
    "title": "Bo cię kocham / Słodka wendeta",
    "slug": "bo-cie-kocham-slodka-wendeta",
    "url": "https://www.kolczanksiazek.pl/annie-west/bo-cie-kocham-slodka-wendeta"
  },
  "authors": [
    {
      "name": "Annie West",
      "slug": "annie-west",
      "url": "https://www.kolczanksiazek.pl/annie-west"
    },
    {
      "name": "Maya Blake",
      "slug": "maya-blake",
      "url": "https://www.kolczanksiazek.pl/maya-blake"
    }
  ]
}
