Człowiek, który przywrócił Juventusowi utęsknioną chwałę i dumę. Jedyną rzeczywistością jest boisko i to ono, tylko ono, jest prawdziwym miernikiem ambicji i siły marzeń! Założę się, że wszyscy myślimy o Antonio Conte jako o urodzonym zwycięzcy. Tym większą niespodziankę skrywa jego biografia. Conte o sukcesach mówi bowiem mało i mimochodem. Fałszywa skromność? Chyba nie. Świadomie postanowił, że to nie one mają przykuwać uwagę. Zanim na dobre rozpoczął karierę, doznał kontuzji, która złamałaby niejednego. W wygranym finale Ligi Mistrzów musiał przedwcześnie zejść z boiska, w przegranym zabrakło niewiele, by został bohaterem. Udział w mistrzostwach Europy, na które pojechał w szczytowej formie, skrócił mu złośliwy przeciwnik. W Juventusie raz i drugi potraktowali go niesprawiedliwie. Z trenerką też szło opornie – tu go zwolnili, tam nie zatrudnili, gdzie indziej zwodzili lub wyżej postawili racje piłkarza. A kiedy wreszcie znalazł się na szczycie, został stamtąd brutalnie zepchnięty i postawiony przed sądem. Miał wystarczająco dużo powodów, żeby powiedzieć „ dość”. Zawsze jednak wytrwale dążył do celu. Conte nie jest zwyczajnym zwycięzcą. To wielki wojownik, który nigdy nie wywiesił białej flagi. I nawet gdy przegrywał, to tylko pozornie, bo nie dał się złamać i zniechęcić. Podnosił się, otrząsał i ruszał naprzód. Po marzenia. Tomasz Lipiński, Canal+