„ Afery NIE”. To ohydne „ NIE” - Specjalności tygodnika „ NIE”: kłamstwa i oszczerstwa. Uprawiamy też panświnizm i szerzymy nihilizm, niszcząc wszelkie autorytety i wyszydzając zasady cementujące naród. Dwumilionowa rzesza Czytelników wyzuta przez to zostaje z jakiejkolwiek godziwej orientacji moralnej i politycznej — uzwierzęca się w postrzeganiu świata i jego wartości. Czytając takie oceny, doszliśmy w redakcji „ NIE” do wniosku, że wierni Czytelnicy zechcą głębiej zanurzyć się w tej ohydzie, niż na to pozwalają jej cotygodniowe dawki. A też przyjrzeć się z dystansu diabelskiej robocie „ NIE”. Dlatego też proponuję lekturę książki, zawierającej przegląd afer jakie „ NIE” wykrywało. Czy „ NIE” zło szerzy, czy tępi — każdy, kogo ten dylemat przejmuje, będzie mógł to rozważyć. Artykuły, wydłubane z siedmioletniego dorobku pisma, podzielone są według wątków i tematów. Niektóre z nich wypłowiały i przyblakły. Czytać je trzeba jako rzeczy dawne, po których ujawniały się niekiedy większe sensacje z podobnej dziedziny. Zasługą „ NIE” to jest wszakże, że prawie zawsze byliśmy pierwsi, że jesteśmy odkrywcami kolejnych szlaków krytycyzmu. Czasopismo o paradoksalnym podtytule „ dziennik cotygodniowy” (coś jakby miesiączka codzienna) ukazywać się zaczęło w październiku 1990 r., w rok po przejęciu władzy przez obóz „ Solidarności” i związanej z tym zmianie ustroju. W tym czasie nabrzmiało już rozczarowanie nowymi stosunkami. Trawiło ono tę większość, która doznała wówczas spadku poziomu życia oraz poczucia bezpieczeństwa materialnego i tych, którzy doświadczyli zarazem obniżenia swojej pozycji zawodowej, społecznej i towarzyskiej. Niezadowolenie objawiali wszakże, jak to zawsze bywa, również dawni opozycjoniści, którzy doszli do władzy i znaczenia. Wszelcy bojownicy o jakąś sprawę po jej zwycięstwie stwierdzają, że wyobrażali sobie jego skutki piękniej i inaczej.