Nie przewidywałem takiego rozwoju tej poezji, nie spodziewałem się tak porywającego z nią po latach spotkania. Wielokrotna rozkosz lektury: nazwy obce, które brzmią jak własne, radość współziomka-wędrowcy z Sudetów, a tu dokładniej z Karkonoszy i Kotliny Jeleniogórskiej, wreszcie potęga smaku, perfekcja poetyckiego języka wiążącego ze sobą wszystko w zasięgu spełniającego się na wysokości (gór i dojrzałej świadomości) życia. Jeżeli my, pisarze Sudetów, pracujemy nad jakąś nową mitologią miejsca, to Grzegorz Tomicki już gra pierwsze skrzypce w tej orkiestrze. Karol Maliszewski Mnogość nazw, topograficznych szczegółów. Po to tylko, żeby zagadać nimi pustkę, którą odczuwają wszystkie istoty pominięte przez świat. Bo ta poezja jest o braku na kartach kronik, nie o sławnych jeźdźcach, lecz o bezimiennych koniach, nosicielach nigdy nieopowiedzianych historii. O tym, co znajduje się na uboczu szlaku, po drodze, a nie na szczycie, który już większość zna, zdobyła i żyje, bo nie ma co ze sobą zrobić. Tomicki ma do zrobienia naprawdę wiele i z każdą następną książką jeszcze pewniej wbija czekan w nasze poczucie spełnienia: cechuje go nie tylko ponadprzeciętna językowa sprawność, lecz przede wszystkim umiejętność zainteresowania odbiorcy, zdawałoby się: wyeksploatowaną tematyką górską. A więc można pisać o górach po Harasymowiczu, tak. Wniosek? Poszedłbym z Tomickim na wycieczkę w Błędne Skały, bo Konie Apokalipsy to bezbłędna poezja. Rafał Różewicz Poezja Grzegorza Tomickiego to uparte poszukiwanie dowodów na istnienie. Śnieżne Kotły, Czarny Grzbiet, Śląskie Kamienie czy Wodospad Jodłówki wyznaczają topografię zdumienia samym tylko „ byciem po prostu”. I niepewności, bo w konkretach szuka Tomicki odpowiedzi na pytanie: czy jestem? To gra piękna i niebezpieczna zarazem, tak jak w jednym z wierszy, gdzie „ Śnieżkę” od „ pyłu” dzieli niepokojąco krótki dystans. Warto wyruszyć w tę podróż. Jędrzej Soliński Parę lat temu przestałem pisać wiersze. Prawdę mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym. Miałem akurat coś innego do roboty. Ale potem zmieniłem pracę, przeprowadziłem się i sprzedałem wszystkie książki, dzięki czemu miałem więcej czasu na bezmyślne łażenie po górach i lasach. I z tej bezmyślności zaczęły mi się różne frazy sypać z rękawa i nogawek. Niektórzy dobrzy ludzie zaczęli brać je za wiersze i publikować tu i tam. Wtedy pojawiła się Agata i zaproponowała mi