„ Mam 64 lata. Jestem po swojemu szczęśliwy. Dolega mi to i owo, niczego się nie dorobiłem, nie zbudowałem domu, nie posadziłem drzewa, ale mam wspaniałą rodzinę, wypróbowanych przyjaciół i świadomość, że spędziłem życie tak pożytecznie, jak tylko umiałem. Chyba nie zmarnowałem czasu, który mi na tym świecie dano. Ale kiedy późnym wieczorem wracam wreszcie do naszego mieszkania na warszawskim Żoliborzu, kiedy - jak teraz - siadam przy biurku, które wraz z całym tym mieszkaniem odziedziczyłem po ojcu, nie mam poczucia sukcesu. Mam w głowie wrzask, krzyk, pretensje i żale. Wciąż dźwięczą mi w uszach słowa, że „ za komuny było lepiej”, że „ Polacy nigdy jeszcze tak nie cierpieli”, że „ następuje biologiczne wyniszczenie narodu”, że „ w Polsce dokonuje się nowy holocaust”, że „ głodzimy na śmierć” emerytów, lekarzy, wiejskie dzieci. Wciąż huczą mi w czaszce ostrzeżenia, że „ tak dalej być nie może”, że „ solidaruchów trzeba powywieszać”, wibrują oskarżenia, że „ rozkradliśmy Polskę”, że „ sprzedaliśmy nasze idee”, że „ zdradziliśmy” naród, „ Solidarność”, robotników, wiarę, Kościół, Polskę. I wciąż słyszę mocno, rytmicznie skandowane okrzyki demonstrantów maszerujących przed oknami mojego sejmowego pokoju: „ mordercy! mor-der-cy!”, „ zło-dzie-je! zło-dzie-je!” Z moich 64 lat, 5 spędziłem w niepodległej II Rzeczpospolitej, 5 w Polsce okupowanej przez hitlerowskie Niemcy i stalinowską Rosję, prawie pół wieku przeżyłem w Polsce peerelowskiej - zdominowanej przez Sowietów, dysponującej ograniczoną autonomią. Przez pierwsze lata, jako kilkunasto-, a potem dwudziestoparoletni chłopak, brałem udział w budowaniu „ nowego ustroju”. Wierzyłem, że komunizm może być ładem wolności i sprawiedliwości społecznej. Potem przez 30 lat na różne sposoby starałem się ten ustrój obalić. Spędziłem za to sporo lat w peerelowskich więzieniach. Aż wreszcie się udało. W roku 1989 dzięki cudownemu zbiegowi korzystnych okoliczności Polska odzyskała wolność. I także każdy z nas odzyskał część swojej wolności wcześniej mu odebraną przez niedemokratyczne państwo. Jeśli są w Polsce jakieś konkretne osoby, o których można powiedzieć, że są autorami tej zmiany i osobiście ponoszą za nią jakąś odpowiedzialność - z pewnością do nich należę. Przez lata bałem się nawet marzyć, że dożyję tej chwili. Cóż może być wspanialszego? A jednak... Bo skoro jestem współautorem polskiego sukcesu, z którym nie potrafię porównać żadnego innego na przestrzeni kilkuset ostatnich lat dziejów Polski, to jestem też współodpowiedzialny za to morze prawdziwego czy mniemanego nieszczęścia, cierpienia, frustracji i agresji, które od siedmiu lat wylewa się na warszawskie ulice. Skąd to się wzięło? Dlaczego zamiast świętować wielki polski sukces, wciąż żyjemy w cieniu poczucia narodowej klęski? Na początku tej książki muszę postawić pytania, które ludzie w Polsce wciąż sobie zadają: Kto nam odebrał nasz sukces? Kto ukradł Polskę?” Fragment książki