Zapoznana już dziś niemalże całkowicie w Kętach świątobliwa niewiasta, która w II połowie XVI wieku przyszła na świat w miasteczku nad Sołą, nie doczekała się jak do tej pory wyniesienia do chwały ołtarzy i policzenia jej w poczet świętych lub błogosławionych. Od blisko czterech wieków przywoływana jest w bardziej lub mniej obszernych szczegółach biograficznych i to najczęściej w opracowaniach o charakterze hagiograficznym. Ludwika z Kęt bez wątpienia była osobą ze wszech miar niepospolitą, by nie powiedzieć fenomenalną. Ale jej fenomen nie zasadzał się na tym, co my współcześnie rozumiemy pod tym pojęciem. Jej niezwykłość wypływała z charyzmatu, czyli specjalnej łaski, jaką otrzymała od Boga, aby Mu służyła w największym ubóstwie, samotności i odosobnieniu. A w ostateczności także i w zapomnieniu, które stało się częścią jej „ legendy”. Realizowała więc w najwyższym stopniu przykazanie miłości Boga i bliźniego, aż do całkowitego zapomnienia o sobie i ukrycia się w osobie żebrzącej. Nie miała, jak św. Benedykt Labre i inni, swojego „ zaplecza”, które natychmiast po śmierci zajęłoby się sprawami proceduralnymi związanymi z przygotowaniem zespołu akt procesowych zgodnie z wymogami formalnymi obowiązującymi od 1634 roku i doprowadziło sprawę finalnie do pozytywnego zakończenia, a więc beatyfikacji i kanonizacji. Jej droga insuper in Apotheosim została niestety nagle przerwana.