Dojrzeć do miłości / Wyspy namiętnościharlequinprzekł. Katarzyna Ciążyńska978-83-2912-816-297883291281622026-10-27polski (Polska)320Softcover
Dojrzeć do miłości / Wyspy namiętności
- Przekład
- Katarzyna Ciążyńska
- Tytuł oryginału
- The Comeback Heir, Countering His Claim
- Gatunek
- Romans
- 2026
- pierwsze wydanie po polsku
- angielski
- język oryginału
- 1
- wydanie po polsku
- 320
- stron
Przedstawiamy " Dojrzeć do miłości" oraz " Wyspy namiętności", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN GORĄCY ROMANS DUO. Wynn postanowił adoptować osieroconą siostrzenicę. Poprosił o pomoc Felicity, swoją miłość z dawnych lat. Felicity wzięła urlop i przeniosła się do rezydencji Wynna, by zająć się malutką Aylą, gdy on pracował. To taka przysługa dla starego przyjaciela, pomyślała. Przecież namiętność między nimi dawno już wygasła… Czy wierzycie w drugą szansę? W to, że miłość można spotkać więcej niż raz w życiu? Della była szczęśliwą mężatką, gdy jej mąż zginął w ulicznej bójce z bandytami. Wtedy uznała, że czas namiętności minął, i podjęła pracę na luksusowym statku wycieczkowym. Tam poznała Luke’a, którego los także nie oszczędzał. Powoli zaczęło się w nich budzić pożądanie... Fragment książki Najgorsze są pogrzeby w listopadzie. Dzień był ponury, szary od przejmująco zimnego deszczu. Wierzchołki Great Smoky Mountains przesłaniał całun niskich chmur. Felicity Vance otuliła się płaszczem. Trzymała się w pewnej odległości od pozostałych żałobników. Miała na sobie czarną sukienkę z krepy z długim rękawem, niestety przemarzła w niej do kości. Powinna była pomyśleć o cieple i wygodzie. Kiedy przyjechała do domu pogrzebowego i dowiedziała się, że żadna ceremonia się tam nie odbędzie, a pożegnanie ograniczy się do kilku słów wypowiedzianych na cmentarzu, zabrakło jej odwagi, by przejść obok osób witających gości. Zajrzała do zatłoczonego pomieszczenia, gdzie unosił się zapach goździków i bólu, po czym ruszyła na parking do samochodu. Widok trumny, nawet z daleka, był dla niej bolesny. Jeszcze boleśniejszy był widok brata zmarłej. Kiedyś Wynn Olivier był całym jej światem. Widziała tylko jego szerokie ramiona w czarnym eleganckim płaszczu. Był z gołą głową. Nie owinął nawet szyi szalikiem. Współczuła mu z całego serca. Niezależnie od trudnego dzieciństwa, a może właśnie z tego powodu, Wynn i jego siostra zawsze byli blisko. Shandy miała zaledwie dwadzieścia dziewięć lat – za mało, by umierać. Pokonał ją agresywny rak, a jej jedyne dziesięciomiesięczne dziecko zostało pod opieką opłakującego ją brata. Wynn i Felicity byli cztery lata starsi. Dawno temu Felicity myślała, że Shandy zostanie jej szwagierką. Życie zdecydowało inaczej. Głos duchownego, który czytał wersy Psalmów mających przynieść ukojenie żałobnikom, płynął ponad niewielkim zgromadzeniem. Felicity zadrżała. Może nie powinna była tu przyjeżdżać. Informację o pogrzebie przeczytała w mediach społecznościowych. Piętnaście lat temu opuściła to miasteczko, a w zasadzie osadę o nazwie Falcon’s Notch. Co prawda mieszkała teraz zaledwie kwadrans drogi stąd, w Knoxville w stanie Tennessee, a jednak zdawało się, że jej obecny adres to druga strona księżyca. Falcon’s Notch tworzyła mała społeczność zamieszkująca ukryte w dolinie domy. Nie było tam nawet poczty. Autobusy woziły dzieci do szkoły w mieście. Mieszkańcy byli w pewnym sensie odseparowani od świata. Większości to odpowiadało. Wynn i Felicity marzyli jednak o tym, żeby poznać świat. Czasami czuła się winna, że wyjechali i zostawili tu Shandy, lecz miała wtedy osiemnaście lat, jej świat się rozpadł, była pochłonięta własnym bólem. Odsunęła od siebie te myśli i wróciła do teraźniejszości. Zielone zadaszenie miało chronić rodzinę zmarłej przed słońcem i deszczem. Na nierównej ziemi ustawiono białe składane krzesła. Były puste. Z rodziny Oliverów pozostał tylko Wynn. Stał wyprostowany, czekając, aż duchowny odmówi końcową modlitwę. Potem, łamiąc serce Felicity, przyklęknął i położył na trumnie jedną różową różę. Później wstał i cofnął się, robiąc miejsce pracownikom firmy pogrzebowej, którzy złożyli Shandy w miejscu jej ostatniego spoczynku. Oczy piekły Felicity od łez. Ten piękny górski zakątek krył w sobie tyle bólu. Ubóstwo. Uzależnienie. To przez to ostatnie Shandy nie udało się stąd uciec. Dopiero przed narodzeniem dziecka uwolniła się od narkotyków. A teraz to… Niewielkie zgromadzenie zaczęło się rozchodzić. Część z tych osób przyszła tu kierowana współczuciem i troską. Innych przywiodła ciekawość. Wielu chciało zobaczyć najsławniejszego syna tej ziemi. Człowieka, który dzięki własnej pracy został milionerem, a może nawet miliarderem. Niegdyś Wynn Oliver był jednym z nich. Teraz stał się istotą niemal mityczną. Gdy już odniósł sukces, zbudował dom wysoko w górach tuż przy granicy parku narodowego. Niewiele osób go widziało, ale krążyło na ten temat mnóstwo plotek. Teraz Wynn mieszkał w Nowym Jorku. Zastanawiała się, co skłoniło go do zbudowania domu w tej okolicy. Wlepiała wzrok w ziemię, przestępowała z nogi na nogę, powoli tracąc czucie w palcach, gdy usłyszała niski głos. - Fliss? Zszokowana uniosła głowę i spojrzała w oczy koloru letniego mchu. - Wynn – powiedziała schrypniętym głosem. - Widziałem cię w domu pogrzebowym. Czyżby słyszała nutę oskarżenia? - Mnóstwo osób chciało z tobą porozmawiać. Uznałam, że moja osoba to jedna za dużo. – Urwała. – Wybacz, Wynn. Naprawdę bardzo mi przykro. Shandy miała przed sobą całe życie. To niesprawiedliwe. - Życie rzadko bywa sprawiedliwe. – Uśmiechnął się posępnie. – Sądziłem, że do tej pory się o tym przekonałaś. Gdy wstrząsnął nią dreszcz, chwycił ją za łokieć. - Mój Boże, jesteś przemarznięta. – Zerknął na jej nogi. – Shandy nie chciałaby, żebyś się rozchorowała. - Powinnam już iść – powiedziała, choć mimo upływu lat Wynn wciąż ją pociągał. - Nie. Musimy porozmawiać. U mnie. Ten czarny SUV jest otwarty. Wsiądź i zaczekaj. Później podrzucę cię na parking do twojego samochodu. Jego słowa nie budziły w niej zaufania. - Z jakiego powodu miałabym to zrobić? – spytała. - Jesteś mi to winna, Fliss. To ważne. – Nie czekając na odpowiedź, oddalił się, by zamienić kilka słów z osobami, które przyszły oddać hołd jego zmarłej siostrze. Nie mógł jej do niczego zmusić, a jednak dwie rzeczy ją zatrzymały. Po pierwsze ciekawość. Po drugie miał rację, w pewien sposób była mu to winna. Od piętnastu lat żyła z poczuciem winy. Ruszyła w stronę żwirowej drogi, gdzie parkowały auta. SUV Wynna był otwarty. Wsiadła i jęknęła z ulgą. Choć wewnątrz nie było dużo cieplej niż na zewnątrz, była chociaż osłonięta przed wiatrem i deszczem. Samochód Wynna pachniał jak on sam. Chłopaka, którego niegdyś znała, nie było stać na drogie wody po goleniu. A jednak ten lekki męski zapach miał w sobie coś znajomego. Pomasowała uda. Gdyby pojechała do domu i wzięła gorącą kąpiel, szybciej zapomniałaby o tym trudnym dniu. Tymczasem po kwadransie Wynn otworzył drzwi i zajął miejsce za kierownicą. Wniósł z sobą woń rosnących tu drzew i deszczu. Gdy spojrzał na nią, zesztywniała. - Dziękuję, że przyjechałaś – odezwał się dość szorstko. – Nie wiedziałem, że wciąż byłaś blisko z Shandy. - Nie nazwałabym tego bliskością – odparła ostrożnie. – Wysyłałyśmy sobie kartki na Boże Narodzenie, czasem wymieniałyśmy mejle. Napisała mi o dziecku. Podzieliła się też ze mną swoją diagnozą. Raz odwiedziłam ją w szpitalu. Była taka dzielna, ale widziałam, że martwi się o dziecko. - Właśnie o tym chcę z tobą porozmawiać. Uruchomił silnik i ruszył ze zgrzytem opon. Jego dom znajdował się niedaleko, ale drogi tu były kręte. Gdy samochód wspinał się coraz wyżej, Felicity chwyciła za klamkę. Ulewne deszcze zniszczyły drogę, więc rzucało nimi na boki, choć SUV był przygotowany na gorsze warunki. Gdy podskoczyli na kolejnym wyboju, zauważyła: - Jesteś bogaty. Czemu tego nie naprawisz? Cudem ominął wielką dziurę, gwałtownie kręcąc kierownicą. - Wyboje odstraszają niechcianych gości. - Aha. W końcu dotarli do żelaznej bramy z domofonem. - Dzięki Bogu – oznajmiła. – Mam wrażenie, że podczas tej jazdy pękł mi ząb. Wynn zaśmiał się, a zabrzmiało to tak, jakby nie robił tego od dłuższego czasu. - Zawsze byłaś mądralińska. Kiedy ich oczom pokazał się dom Wynna, powściągnęła westchnienie. Budynek z krytym łupkiem dachem i miedzianymi rynnami królował wyniośle pośród lasu. - Jest piękny – powiedziała. – I spory. Jak dajesz sobie radę ze sprzątaniem? Wynn zaparkował. - Czemu to pierwsza rzecz, o jakiej myślą kobiety? - Takie już jesteśmy. - Gosposia przychodzi dwa razy w miesiącu. Matka jednego z naszych kolegów z klasy. Dyskretna i pracowita. - Masz szczęście. Wysiedli z auta niemal równocześnie. Wiatr się wzmógł, temperatura spadła. Zaczął padać deszcz ze śniegiem. Wynn wziął Felicity za rękę i pociągnął na schodki. W domu panowała cisza. Wynn szedł przodem i po drodze zapalał światło. Felicity rozejrzała się i poczuła cień zazdrości. Pracowała jako stewardesa, dla niej mieszkanie znaczyło niewiele więcej niż baza między kolejnymi lotami. A jednak… - No no, Wynn – powiedziała. – Wspaniały dom. Główny pokój był ogromny, a przy tym przytulny, z dużymi miękkimi kanapami idealnymi do drzemki i leniuchowania. Barwne dywany dodawały mu ciepła. Z góry padał na nich blask żyrandola z rogów jelenia. Jedną ze ścian zdominował kominek z obu stron otoczony przez okna, za którymi widniał spowity mgłą las. Wynn przykucnął przed kominkiem. - Dziękuję – rzekł. – Lubię ten dom, choć nie bywam tu tak często. – Zapalił zapałkę. Drewno i podpałka zajęły się ogniem. Wkrótce zapłonęły grube polana i ciepło dotarło do dwuosobowej kanapy, gdzie przycupnęła Felicity. Zdjęła przemoczone buty, podwinęła pod siebie nogi i przykryła się czerwonym wełnianym pledem. Wynn zdjął płaszcz. Czarne spodnie ciasno otulały jego biodra. - Napijesz się kawy? Może gorącej czekolady? - Gorąca czekolada będzie super. - Zaraz wracam. – Skinął głową z nieczytelną miną. Po jego wyjściu westchnęła i wtuliła się w poduszki. Kiepsko spała w nocy, zastanawiała się, czy powinna tu przyjeżdżać. Teraz, gdy ciepło z kominka rozgrzewało jej przemarznięte ciało, ogarnęła ją senność. To zły pomysł, musi zachować czujność. Nie byli z Wynnem przyjaciółmi. Nie była pewna, jak nazwać ich relację, a jej fizyczna reakcja na jego bliskość uświadomiła jej, że nie powinna tracić kontroli. Dwadzieścia minut później Wynn wrócił z drewnianą tacą, którą postawił na szerokim pufie. W międzyczasie pozbył się krawata i rozpiął dwa górne guziki koszuli. Kawa, którą dla siebie zaparzył, była czarna i zapewne mocna, tak jak lubił. Dla Felicity przygotował kubek czekolady z bitą śmietaną. Wypiła łyk i wiedziała, że to nie jest tania czekolada z torebki. - Pycha – powiedziała. – Dziękuję. - Nie ma za co. – Usiadł. – Zagrzałaś się? - O tak. Pochyliła twarz na kubkiem, by na niego nie patrzeć. Jej ciało reagowało na mężczyznę, który był jej pierwszą miłością. Pierwszym kochankiem. Piętnaście lat temu. Choć mieli wtedy wspólne nadzieje i marzenia, to nie wystarczyło. Rozdzielił ich zawód miłosny, ból i strata. Wypiła czekoladę i odstawiła kubek na tacę. - Po co mnie tu przywiozłeś, Wynn? Z przyjemnością zobaczyłam twój dom, ale chciałabym przed zmrokiem dotrzeć do siebie. - Skąd ten pośpiech? Masz dziś randkę? Poczuła, że policzki ją palą. Drażni się z nią? Drwi? - To nie twoja sprawa. Jeśli chcesz ze mną porozmawiać, to rozmawiajmy. - Okej. – Wstał i zaczął krążyć po pokoju. Od czasu do czasu zatrzymywał się i dokładał polan do ognia. Wreszcie oparł się o drewniany wspornik i splótł ramiona na piersi. - Shandy wyznaczyła mnie na opiekuna Ayli. - Słyszałam. Dla ciebie to nie lada problem. Nie ma nikogo innego? Wzruszył ramionami. - Ojciec dziecka nigdy się nie pojawił, a nasi rodzice, jak wiesz, nie żyją. - Słyszałam – odparła. – Przykro mi, że nigdy nie mogłeś na nich liczyć. – Rodzice Shandy i Wynna zmarli tej samej nocy na skutek przedawkowania narkotyków. Byli dysfunkcjonalnymi rodzicami. Kiedy Wynn chodził do podstawówki, sąsiad odkrył, że Wynn i Shandy całymi godzinami siedzieli w domu sami. Powiadomił opiekę społeczną i dzieci zostały zabrane z domu. Rodzice Wynna wybłagali w sądzie, by oddano im dzieci. Po dwóch miesiącach w rodzinie zastępczej Wynn i Shandy do nich wrócili. Przez jakiś rok czy dwa sprawy układały się lepiej. Felicity wiedziała, że dla Wynna to była cenna lekcja. Pilnowali z Shandy, by już nikt nie dowiedział się, że rodzice zostawiają ich samych. - Nawet gdyby żyli, nie oddałbym matce pod opiekę bezbronnego dziecka. - Rozumiem. Gdzie jest Ayla? - Teraz opiekuje się nią moja gospodyni. Musiałem się zająć pogrzebem i muszę opróżnić mieszkanie Shandy. - Twoja firma jest w Nowym Jorku? - Na szczęście pracują ze mną ludzie, na których mogę polegać. możemy porozumiewać się telefonicznie. - Nie wiem, jak to jest mieć rodzeństwo, ale na pewno nie jest ci łatwo. Jego twarz zdradzała zmęczenie i ból. - To taka bezsensowna strata. W końcu przeszedł przez pokój, odsunął tacę i usiadł na brzegu pufa, kolanami prawie dotykając kolan Felicity. - Potrzebuję twojej pomocy, Fliss. Wbijał w nią wzrok, patrząc tak, że nie była w stanie przełknąć. Choć chciała się odsunąć, siedziała nieruchomo. - Mam pięć dni wolnych – odparła. – Mogę ci pomóc w sprzątaniu. We dwójkę pójdzie szybciej. - Nie o to chodzi. - Nie rozumiem. – Czego od niej oczekiwał? - Tak się składa, że znam twojego szefa. Dwa lata temu pracowaliśmy razem w komitecie doradczym Federalnej Agencji Nadzoru Transportu Lotniczego. Oboje Wynn i Felicity spełnili swoje dziecięce marzenie o lataniu, choć każde z nich w inny sposób. - Okej… - mruknęła zdezorientowana. - Wyjaśniłem mu swoją sytuację. Nie wspomniałem twojego nazwiska, spytałem tylko, czy w takich okolicznościach pracownik może otrzymać przedłużony urlop, a potem wrócić, nie tracąc praw ani benefitów. Poczuła ucisk w żołądku. On nie sądzi chyba… - Nie rozumiem. - Potrzebuję cię. – Ujął jej dłonie. - Już to mówiłeś. Ale do czego? - Chcę, żebyś się zaopiekowała Aylą przez dziewięć do dwunastu miesięcy. I zamieszkała ze mną w Nowym Jorku. Wyrwała ręce z jego dłoni. Prosił o rzecz niemożliwą. - To jakiś absurd. Gdzie jak gdzie, ale w Nowym Jorku z pewnością nie brakuje agencji niań. Stać cię na najdroższą i najlepszą. Chętnych nie zabraknie. - Nie – rzekł stanowczo. – Nie chcę nikogo obcego w domu ani w życiu Ayli. Serce Felicity biło szybko, w głowie jej się zakręciło. - Ja jestem obca, Wynn. Ayla nigdy mnie nie widziała. Ściągnął brwi. - To prawda. Ale dla mnie nie jesteś obca. Znałaś Shandy. Jesteś dzieckiem Falcon’s Notch. - Jaka to różnica? - Wartości. Historia. Korzenie. Powoli pokręciła głową. - Ty i ja nie lubiliśmy tego miejsca. Nie mogliśmy się doczekać, żeby się stąd wyrwać. - Tak mówiliśmy. Trudno jednak uciec przed pewnymi nieuchwytnymi rzeczami, które składają się na dzieciństwo. Żadne z nas nie miało idealnej rodziny, ale góry zawsze tu były. Lubiliśmy po nich chodzić. Nawet gdy codzienność była nędzna, wystarczyło podnieść wzrok i zobaczyć ten bezmiar przestrzeni, żeby poczuć się lepiej. Cóż, jeśli będzie tak do niej mówił, ulegnie mu. Właśnie w tym zakochała się przed laty. W chłopcu, który nie miał niczego prócz wiedzy, wyobraźni i mądrości. Teraz siedział obok niej w eleganckim stroju, z pewnością siebie mężczyzny, który pokonał demony. Szukała słów, by zakończyć temat. Wynn stanowi zagrożenie dla spokoju jej ducha. Nie pozwoli, by ją wciągnął w swoją orbitę. Della Walsh po raz ostatni spojrzała tęsknie na panoramę Melbourne i weszła na mostek luksusowego statku wycieczkowego „ Cora Mae”, który był jej domem. Przed nią na pokładzie stała grupa ludzi ubranych w ciemne garnitury, skupiona wokół wysokiego mężczyzny odwróconego plecami do niej. Mężczyzna miał na sobie dobrze skrojoną marynarkę, trzymał się prosto, ciemnoblond włosy dotykały jego kołnierzyka. Obok stał kapitan, a z różnych punktów holu przyglądały im się grupki zaciekawionych członków załogi. Mężczyzna znajdujący się w centrum uwagi to najprawdopodobniej on. Luke Marlow, człowiek mający odziedziczyć „ Cora Mae”. Zaciekawiona weszła do holu. Wielu ważniejszych członków załogi, ona także, zostało zaproszonych dzisiaj na oficjalne odczytanie testamentu Patricka Marlowa. Wszystkich nurtowało pytanie: co jego bratanek i spadkobierca zrobi ze statkiem, który odziedziczy? Sprzeda go? Przebuduje? Zmieni sposób jego funkcjonowania? Della była chyba bardziej zainteresowana przyszłym właścicielem statku niż inni pracownicy – od lat słyszała o nim opowieści od Patricka. Być może wiedziała o Luke’u więcej niż o swoich przyjaciołach. Kiedy podeszła bliżej, usłyszała słowa kapitana: – Lekarz zaraz opatrzy tę ranę. W tej chwili kapitan spostrzegł Dellę. – Doktor Walsh! W samą porę. Pan Marlow skaleczył się w palec i trzeba mu założyć szwy. Della uśmiechnęła się, podchodząc bliżej. Udzieli pomocy temu mężczyźnie tak jakby był zwykłym pacjentem, a nie człowiekiem, który wkrótce zostanie jej szefem. – Dzień dobry, panie Marlow. Proszę pójść ze mną do ambulatorium. Obejrzymy pana rękę. Luke Marlow powoli się odwrócił. Kiedy spojrzenie jego stalowoszarych oczu utkwiło w jej twarzy, poczuła na ciele gęsią skórkę. Czy zdenerwowała się dlatego, że jej los leży w jego rękach? A może to jego twarz – mocno zarysowane kości policzkowe, prosty nos i zmysłowe usta – tak na nią podziałała? W każdym razie Delli nie podobało się, że wywarł na niej takie wrażenie. – Teraz przyznaję – odrzekł z namysłem, nie spuszczając z niej wzroku – że może przydałoby się założyć szwy. Kapitan skinął głową z zadowoleniem. – Zajmę się pana pracownikami, a steward przyjdzie po pana, kiedy doktor Walsh opatrzy rękę. Tłumek ludzi się rozstąpił i Luke Marlow zbliżył się do Delli. Kiedy stanął naprzeciwko niej, jej serce zabiło mocniej. Wysoki i charyzmatyczny, rzucał na nią urok. Przestała się uśmiechać. To niemożliwe. Przysięgła sobie, że już nigdy nie zainteresuje się żadnym mężczyzną. W dodatku ten człowiek ma być jej szefem. Być może zadecyduje o jej losach. Wyprostowała się i na jej twarzy pojawił się wystudiowany uśmiech. – Tędy proszę – powiedziała, wskazując kierunek. Gdy weszli w głąb holu wyposażonego w wykwintne meble i żyrandole, zastanawiała się, czy zauważył spojrzenia ścigające go ze wszystkich stron. – Proszę mi coś powiedzieć, doktor Walsh. – Jego głos był niski i seksowny. – Czy zawsze tyle osób wita gości? Wsiedli do windy. Della wcisnęła przycisk na trzeci pokład. – Nie, ale pan nie jest zwykłym gościem. Uniósł brwi nieco ciemniejsze niż włosy. – A jakim? Takim, przy którym robi jej się słabo. Nie odzywała się przez chwilę. Był nie tylko pierwszym gościem, który tak na nią działał, ale i jedynym mężczyzną, odkąd… Nie powinna o tym myśleć. – Słyszeliśmy, że ma pan odziedziczyć „ Cora Mae”. – Aha! – Włożył rękę do kieszeni spodni. Myślał, że nie wiedzą? Patrick Marlow nie robił sekretu z tego, że ma zamiar uczynić bratanka spadkobiercą. – Plotki szybko się tu rozchodzą. – Plotki? Dużo jest tych plotek? Na statku „ Cora Mae” pracowało trzysta trzydzieści osób. Wśród nich byli sezonowi pracownicy, którzy chcieli skorzystać z okazji, by zwiedzić świat. Ale była też duża grupa ludzi, którzy stanowili zżyty zespół. Statek był ich domem. Zarówno jedni, jak i drudzy snuli domysły na temat Luke’a Marlowa. Patrick często opowiadał Delli o swym bratanku, jego uprzywilejowanym pochodzeniu i sukcesach, jakie odnosił w biznesie. Ale w tych opowieściach nie było mowy o tym, jaki urok roztacza ten mężczyzna. Drzwi windy otworzyły się i ruszyli korytarzem. Luke wciąż czekał cierpliwie na odpowiedź. – Kilka, większość pewnie wyssana z palca. – Opowie mi pani? Uśmiechnęła się pod nosem. Miałaby opowiadać temu mężczyźnie, jakie krążą o nim plotki? – Raczej nie. Gdy weszli do ambulatorium, Della zatrzymała się przy recepcji. – Jody, czy jest doktor Bateman? – spytała pielęgniarkę. Luke Marlow dziwnie na nią działał. Może po prostu jest zestresowana, bo za godzinę będą odczytywać testament Patricka i to przypomniało jej, że przyjaciel już nie żyje. W każdym razie, skoro nie była przekonana, że powinna zająć się bratankiem Patricka, to lepiej będzie, jeśli przekaże go koledze. Cal Bateman wyszedł z gabinetu, słysząc swoje nazwisko. Della odetchnęła z ulgą. – Cal, pan Marlow prawdopodobnie musi mieć założone szwy na palcu. – Spojrzała na Luke’a. – Doktor Bateman się panem zajmie. Już chciała odejść, gdy usłyszała: – Nie. Serce zabiło jej mocniej. Odwróciła się powoli. – Słucham? Luke spojrzał na nią bez wyrazu. – Jeśli potrzebne są szwy, to chciałbym, żeby pani je założyła, doktor Walsh. Co za różnica, który lekarz się nim zajmie? – Zapewniam pana, że doktor Bateman jest znakomitym chirurgiem. Ma wysokie kwalifikacje w dziedzinie chirurgii plastycznej, więc na pana ręce nie zostaną blizny. Ja nie mogę dać takiej gwarancji. – Blizny to żaden problem – odparł niewzruszony. – Chcę, żeby pani się mną zajęła, doktor Walsh. Jej twarz stężała. Czy on z nią flirtuje? Nikt tego nie robił oprócz… jej męża. Specjalnie stwarzała wokół siebie aurę niedostępności, by uniknąć takich sytuacji. Luke Marlow chyba jednak nie był mężczyzną, który zwracałby uwagę na takie rzeczy. Westchnęła. W końcu jest lekarzem. Potraktuje bratanka Patricka jak zwykłego pacjenta. – Oczywiście. Proszę do gabinetu, panie Marlow. – Luke. – Wolałabym zwracać się do pana po nazwisku, jeśli nie robi to panu różnicy. – Włożyła biały kitel. – Możliwe, że za parę godzin okaże się pan moim szefem. – Robi mi różnicę. Zaraz przekłuje pani moją skórę igłą. Czułbym się lepiej, gdyby atmosfera była swobodniejsza. Usiadł na krześle i wcale nie wyglądał na zdenerwowanego. Skoro jednak zaraz odziedziczy statek, to on tu rządzi. Skinęła głową. – W porządku, Luke. Spojrzał na identyfikator przyczepiony do jej kitla. – Doktor Adele Walsh – przeczytał. – Czy mogę mówić do pani Adele? Wzdrygnęła się. Tylko mąż nazywał ją Adele. Przed oczami stanęła jej twarz Shane’a. – Wolę Della. – Della. – Spojrzał jej w oczy. – Podoba mi się. Ale chciałbym cię o coś spytać. – Słucham. – Mówiono mi, że jeden z lekarzy na statku opiekował się moim wujkiem podczas choroby. To była kobieta. – Tak. – Ty? Skinęła tylko głową, bo nie była w stanie mówić. Chwilami nie mogła uwierzyć, że Patricka już nie ma. To był taki energiczny człowiek, pełen życia, i nagle go zabrakło. Jego śmierć sprawiła, że Delli przypomniało się, jak dwa lata temu straciła męża. Luke spojrzał na nią z powagą. – Dziękuję, że przy nim byłaś. – Proszę. Ale nie musisz mi dziękować. Uważałam go za przyjaciela. Zasługiwał na to, żeby dożyć końca swoich dni na ukochanym statku, a nie w hospicjum. – Jedno mnie dręczy. Nikt z rodziny nie wiedział, że on umiera. W ciągu ostatnich paru miesięcy rozmawiałem z nim kilka razy przez telefon i nic mi nie powiedział. Co trzy miesiące spędzał kilka dni u mojej matki. Wiedzieliśmy, że ostatnio nie mógł przyjechać, bo był chory, ale nie sądziliśmy, że może być tak źle. Dlaczego nikt nam nie powiedział? Kilka razy sugerowała Patrickowi, by wyjawił rodzinie, że ma raka, a potem proponowała, że sama ich zawiadomi. Nie zgadzał się. Nie chciał, by widzieli go w złym stanie. Wolał, by pamiętali go z czasów, gdy był zdrowy. Della zastanawiała się, czy prawdziwym powodem nie było to, że nie chciał przyjąć do wiadomości faktu, że jest bardzo ciężko chory. – Patrick był dumny. Uważał, że tak będzie lepiej. – Jak długo chorował? – Prawie rok. Miał dwa cykle chemioterapii. Cztery miesiące temu jego stan się pogorszył. Ale wciąż był aktywny i zarządzał statkiem jeszcze miesiąc przed śmiercią. – Czy bardzo cierpiał? – Nie. Podawałam mu morfinę i inne leki przepisane przez lekarzy. – Był bardzo dzielny. Czasem nawet musiała namawiać go, by zechciał przyjąć jakieś środki przeciwbólowe. – Czy… – Luke się zawahał. Przegarnął ręką włosy. – Nie chciałbym cię urazić, ale czy konsultował się także z innymi lekarzami? To zrozumiałe, że bratanek Patricka o to pyta. Gdyby jej wuj był chory, spytałaby o to samo, by mieć pewność, że nie doszło do żadnych zaniedbań. – Jego lekarzem prowadzącym była onkolożka z Royal Sydney Hospital, z którą miałam stały kontakt. Mogę podać ci jej dane, jeśli chcesz. Luke pokręcił głową. – Przez ostatnie dwa miesiące życia Patrick sam płacił lekarzowi, który wyręczał mnie w obowiązkach, po to, żebym mogła się opiekować tylko nim. Poza tym sprowadziliśmy wykwalifikowaną pielęgniarkę, która czuwała przy nim przez całą dobę. Ale nawet kiedy pielęgniarka miała dyżur, Della i tak nie chciała odchodzić od łóżka chorego przyjaciela. Luke pokiwał głową. – Czy będziesz obecna na odczytaniu testamentu? – Tak. – Patrick kazał jej obiecać, że przyjdzie. Powiedział, że zostawi jej mały prezent, choć zapewniała go, że to niepotrzebne. – Mam nadzieję, że Patrick zapisał ci coś w testamencie w podziękowaniu za pomoc. Gdyby nie zdążył tego zrobić, odwdzięczę ci się w jego imieniu. Della pomyślała, że szczodrością Luke przypomina jej Patricka. Przypomniało jej się, jak Patrick mówił o swoim bratanku, że to prawdziwy książę. – To miło z twojej strony, ale nie ma potrzeby. Wykonywałam swoją pracę, ale przede wszystkim byłam bardzo przywiązana do Patricka. Nie mogłabym postąpić inaczej. – Jestem ci wdzięczny, że przy nim byłaś. – Cieszę się, że tak uważasz. A teraz, jeśli chcesz zdążyć na odczytanie testamentu, pokaż mi tę rękę. Zerknął na zegarek. – Masz rację. Spojrzał w oczy Delli Walsh i położył rękę na stole. Co za intrygująca kobieta. Na pewno niełatwo było opiekować się upartym wujem. Jednak kapitan, który zadzwonił dwanaście dni temu do ich rodziny, powiedział, że Patrick miał wspaniałą opiekę. Luke upierał się, by Della założyła mu szwy, z zupełnie innego powodu. Twarz tej kobiety była pozbawiona makijażu, ale jej jasnobrązowe oczy kusiły go bardziej niż zadbane twarze dam z towarzystwa. Zmarszczył czoło. Nie powinien tak myśleć o lekarce, która opiekowała się Patrickiem. Della delikatnie rozwinęła niebieską chusteczkę, którą owinął sobie rękę. To była niewielka ranka u nasady kciuka, ale potraktowała ją poważnie. Na pewno nie mniej solidnie zajmowała się jego chorym wujem. – Podam miejscowe znieczulenie – oznajmiła. Zrobiła zastrzyk, a potem przemyła ranę środkiem antyseptycznym. – Jak to się stało? – Wypadek samochodowy. Spojrzała na niego z niepokojem. – Masz jeszcze jakieś obrażenia? – Nie. – Wzruszył ramionami. – Właściwie trudno to nawet uznać za wypadek. Nalewałem wodę z barku do szklanki… – Myślałam, że to było w samochodzie. – W limuzynie. Kierowca musiał nagle skręcić w korku i uderzył w tył drugiego samochodu. Szklanka, którą trzymałem, zawadziła o brzeg lodówki i się rozbiła. – Miałeś szczęście. Rana była niewielka, a skoro tu trafił, to chyba rzeczywiście miał szczęście. Spojrzał na jedwabiste brązowe włosy pochylonej nad nim lekarki. – Możesz poruszać kciukiem? A palcem wskazującym? Gdy wypełnił jej polecenia, wzięła pęsetę. – Kiedy znieczulenie zacznie działać, poszukam w ranie odłamków szkła. To nie powinno boleć. Jej ciemne rzęsy ocieniały kremowe policzki. W normalnych warunkach zaprosiłby ją na drinka, może na kolację, ale nie mógł tego zrobić, skoro miała stać się jego pracownicą. Poza tym wątpił, by przyjęła zaproszenie. Interesował ją tylko jako pacjent i bratanek Patricka. Przesunęła palcem po długiej bliźnie na poduszce kciuka. – To musiała być paskudna rana. – Wypadek z dzieciństwa. To nie był wypadek, tylko świadomy wybryk. W wieku trzynastu lat naciął sobie kciuk scyzorykiem, by zawrzeć braterstwo krwi z trójką przyjaciół. To wszystko działo się nocą w internacie. Pamiętał, jak z chłopięcym entuzjazmem starał się ciąć jak najdalej i najgłębiej, by własną krwią przypieczętować ich przyjaźń. Do tej pory ta trójka kolegów stanowiła grono jego najbliższych przyjaciół. Della odłożyła pęsetę i sięgnęła po igłę. – Jak to wygląda? – zapytał. – Nic poważnego. – Szybko i sprawnie zrobiła kilka szwów. Była równie zręczna, jak i piękna. Wstała, zdejmując gumowe rękawice. – Kiedy miałeś ostatnio zastrzyk przeciwtężcowy? – W zeszłym roku. – W porządku. Nie potrzebujesz antybiotyków. Ranka była czysta. – Umyła ręce. – Za siedem dni trzeba zdjąć szwy. Przyjdź do nas, jeśli jeszcze tu będziesz. – Przyjechałem tylko na dwa dni. Wysiądę w Sydney. – Nie chcesz obejrzeć całej trasy? – zdziwiła się. – Popłynąć statkiem po Pacyfiku? – Niekoniecznie. – W jego planach dotyczących „ Cora Mae” nie było pływania po Pacyfiku ani nigdzie indziej. – W takim razie za tydzień zgłoś się na wizytę do swojego lekarza. – Uśmiechnęła się. – Albo wcześniej, gdyby ręka zaczerwieniła się lub spuchła. Wizyta skończona. Wiedział, że zaraz wyjdzie i nigdy więcej się z nią nie spotka. Może to lepiej, bo znów mógłby mieć ochotę umówić się z nią na drinka. Nie powinien wdawać się w romans z przyszłą pracownicą, która wiecznie podróżuje. – Bardzo dziękuję, doktor Walsh. – Proszę bardzo, panie Marlow – odparła obojętnie. Coś w tej kobiecie go zaintrygowało. To nie zdarzało się często. Co by było, gdyby mimo przeszkód… Idź stąd, mówił mu głos rozsądku. To nie jest kobieta dla ciebie. Słusznie. Potrząsnął głową i wyszedł, zerkając tylko raz przez ramię na doktor Dellę Walsh.
Wydania
1 wydanie · sortuj: najnowsze
Dojrzeć do miłości / Wyspy namiętnościharlequinprzekł. Katarzyna Ciążyńska978-83-2912-816-297883291281622026-10-27polski (Polska)320Softcover