Tezą tej książki jest w szczególności to, że autorytet jako kategoria, jako operator kulturowy, nie ma związanej ze sobą jednej normatywności, nie ma jednego typu siły oddziaływania, jednego stylu ani kierunku. Obiegowe skojarzenia gubią fakt, że mamy tu cały profil zróżnicowania autorytetu wszerz oraz wzwyż w zakresie możliwego przemieszczania i stopniowania jakości kulturowej odniesień z jego udziałem. Przejawy autorytetu rozmijają się w najważniejszych i najtrudniejszych do uruchomienia postaciach z wyobrażeniem oraz statusem formalnym i życzeniowym, jakie pokutują w relacjach i działaniach politycznych (władzy i jej perwersji panowania) i społecznych (perswazji wypierającej myślenie) oraz podmiotowych (ukrytej perfidii uznania, zacierającego ślady po przemocy symbolicznej). W swoich obiegowych wersjach i typowych skojarzeniach autorytet” wiąże się z uzurpacją, sztucznością uznania, zamyka i zastępuje myślenie, zamiast kulturowego otwierania dostępu do przestrzeni impulsów, które mają prowokować do myślenia w napięciu dwoistego układu, gdzie jeden biegun wyznacza uległość, a drugi opór; gdzie jedyną szansę niesie zdolność wejścia w relację głęboko refleksyjną, osadzającą jeden wpływ na tle możliwych wpływów innych; gdzie szanse przeplatają się z zagrożeniami, a powaga z szyderstwem, wzniosłość ze śmiesznością, dobrowolność z bezbronnością. Chcę pokazać autorytet jako mechanizm zawsze obosieczny, dwuznaczny, mający oblicze janusowe, wyznaczający każdemu śmiałkowi zadanie sprostania pułapce Scylli i Charybdy, wpisanej w los klasycznej odysei, a także towarzyszącej w codzienności oddziaływań, gdzie skłonność do fascynacji, uwodzicielski dar lub siła perswazji czyhają tak samo perfidnie na ofiarę jak groźna skała odrzucenia czy pozorowanej, jałowej aprobaty bądź powielenia. Gdzie dawka dobroczynności oraz śmiertelnego zagrożenia dla oddającego się w jej władanie nie jest nigdy określona z góry, poza tym, jak z jej statusem greckiego pharmakon będzie umiał sobie radzić wystawiony na jej dwustronność, obosieczność: trującą i leczniczą zarazem. Jak z jadowitej dawki autorytetu uczynić siłę ratującą życie w obliczu rozmaitych ukąszeń i jak korygować skutki uboczne jednego autorytetu sięganiem po antidotum drugiego – to pytania, jakich zwykle się w analizach pedagogicznych i działaniach perswazyjnych nie stawia. Zarówno jednoznaczne odrzucenie mechanizmu autorytetu, jak i jego jednoznaczna afirmacja niosą zdradę – i etyczną, i kulturową – szans rozwoju aż po dojrzałość, gdzie mądrość nakazuje uznać ułomność wszelkich usilnych oddziaływań, gdzie oswaja się pokornie z nieostatecznością i niekonkluzywnością najważniejszych sporów w życiu. Zwykle narzeka się na to, co też ten zły autorytet może zrobić z nami, zamiast uświadamiać, że to od nas zależy tak naprawdę, jeśli potrafimy, czy rzekome niecne zamiary albo potencjały autorytetu się spełnią, czy też wywiniemy mu się, a nawet wyciśniemy z niego coś zupełnie innego, niż sam by chciał. Mówiąc, że autorytety żerują, pasożytują na naszej bezbronności, zapomina się, że tak naprawdę autorytety są bezbronne wobec ukrytego sabotowania ich roszczeń, bezbronne wobec nas, wobec naszego ich przykrawania, a nikt się nie zastanawia, jak nie być bezbronnym wobec autorytetu poza ogłaszaniem fałszywego hasła odrzucenia jako odmowy przyjęcia do wiadomości czy podjęcia próby liczenia się, a więc i braku gotowości do policzenia się. Nie umiemy z autorytetu zwykle wykrzesać możliwych dla nas pożytków, skoro nie umiemy przyjąć ich możliwości do wiadomości i podjąć próby zmierzenia się z tą szansą. Autorytet jest zwykle beznadziejnym wyzwaniem, zmarnowanym i zmarniałym z winy zarówno jego zwolenników, jak i przeciwników, razem będących nieświadomymi ofiarami jego perwersyjnych wcieleń i perfidnych działań, a także zakładnikami własnej niemożności walki o dopełnianie, będącego zawsze w drodze, człowieczeństwa. Zamiast zakończenia: między autorytetem i autorytem” Lista powyższych już ponad trzydziestu zabobonów” dominujących w typowych wyobrażeniach o autorytecie funkcjonuje zarówno wtedy, gdy autorytet jest chwalony i postulowany, jak i wtedy, gdy na tej samej podstawie formułuje się wnioski nakazujące eliminację tego mechanizmu rozwojowego czy zjawiska społecznego. Sens tego zestawienia staje się wyraźnie widoczny jednak dopiero wtedy, gdy dostrzec, że to odcięcie od tej perspektywy niebezpiecznych i ukrycie błędnych skojarzeń otwiera drogę do projektu normatywnego w zakresie tego, czym prawdziwy autorytet” może być i jakie straty niesie jego brak. Taki alternatywny projekt autorytetu duchowego, autorytetu symbolicznego, autorytetu twórczego czy emancypacyjnego jest możliwy i sam go rozwijam w ramach koncepcji, jaka wykluwa się z przestrzeni, po której krytycznie się rozglądam. W wersji skrótowej elementy takiej wizji zawiera przedstawiona przez Thomasa Mertona koncepcja kierownictwa duchowego, omawianego w zakresie jego pozytywnego sensu oraz przestróg przed błędami i zagrożeniami, jakie są typowe w praktyce interakcji społecznych (edukacyjnych, wychowawczych, pomocowych, opiekuńczych) i mechanizmów sprawowania władzy czy inspirowania do działania. Ten przykład wymieniam tylko jako dowód, że nawet w sferze oddziaływań wiary nie ma miejsca na jeden zgodny z powyższymi zabobonami model relacji kierowania” rozwojem ducha. Szczegółowa formuła pozytywna normatywnej wizji autorytetu, biorąca rozbrat z powyżej zarysowanymi zabobonami, została wypracowana w mojej przywoływanej już książce Wyzwania autorytetu[1], która przygotowała grunt do tych rozważań. Pragnę jednocześnie sformułować pewną sugestię osadzającą warianty zabobonne”, które tu zostały zasygnalizowane, a mogą się przecież wzajemnie uzupełniać w jedną wizję. Otóż składają się one, jak teraz dopiero to widzę, na sposób kojarzenia z autorytetem sytuacji, która raczej wymaga odniesienia antropologicznego do zjawiska rytu” (np. rytu przejścia), przez wskazanie, że takie mechanizmy, jak: władza, naśladowanie, prestiż, pasują raczej do pojęcia autorytu niż autorytetu. Autoryt oznacza ryt samodzielnie wskazywany jako uznany przynajmniej deklaratywnie, a bierze się z wywarcia pewnego wpływu i jego zafiksowania w trybie rozmaicie motywowanej uległości. I jest to sytuacja autorytu, nie zaś autorytetu. Wiem doskonale, że niemal każde ze sformułowanych tu zdań może, a nawet musi budzić kontrowersje, że wariant pozytywny jest tu jedynie zamarkowany i rozproszony, jego zręby i ich wpisanie w stan współczesnej humanistyki świadomie okrojone (musiałbym napisać na ten temat kolejną książkę, a wiem, że i dwie nie wystarczą...). Pora więc przerwać... Posłowie. Poszukiwanie nowego profilu autorytetu dla pedagogiki Przedstawiam na koniec uwagę o specyfice ukierunkowania pedagogicznego podejścia do autorytetu, które jawi mi się jako konieczne. Najłatwiej to zobaczyć w zderzeniu z trzema typowymi, dominującymi profilami widzenia tej kategorii, usytuowanymi w poprzek przeciwstawiania sobie ujęć teoretycznych: politologicznego, socjologicznego, psychologicznego i... deklaratywnego w badaniach. Tymczasem wymienię trzy inne profile, jakie da się tu wskazać, aby na ich tle uwypuklić ten, który wydaje mi się kluczowy dla budowania wartościowej funkcji kulturowej i rozwojowej autorytetu pedagogicznego. Pierwszy to profil dominującego uwznioślenia jednostki na dystans. Składają się na niego takie skojarzenia semantyczne z autorytetem, jak: mistrz, klasyk, wielki, przykład, geniusz, myśliciel, wzorzec, postać pomnikowa, godna szacunku, wysoki poziom, niezwykłość. Drugi profil da się określić mianem przynależności do wyróżnionej zbiorowości. Na ten profil składają się takie określenia tej zbiorowości jako siedliska reprezentatywnego dla autorytetu, jak: elita, establishment, awangarda, kanon, salon, czołówka, przełom, zwrot. Trzeci z kolei sposób profilowania pojęcia autorytetu skupia się na wskazywaniu funkcji wywoływanego efektu z punktu widzenia odbiorcy. Są tu takie akcenty, jak: upowszechnienie, dominacja, popularność, fascynacja, uległość, naśladowanie, zachwyt, wierność, wpływ, posłuszeństwo. Z punktu widzenia przedstawionego w tej publikacji jeśli myślenie i działanie pedagogiczne mają służyć rozwojowi podmiotowości wychowanka, trosce o jego autonomię i głębię wpisania się w kulturę widzianą jako dziedzictwo kulturowe, kluczowy staje się zupełnie inny profil, który tworzy intymna relacja wdzięczności kulturowej i prawdziwego długu spłacanego duchowo. Jest to profil intymności spotkania z dziedzictwem. Składają się na niego takie wyznaczniki, jak: osobiste przeżycie spotkania, wysiłek skupionego śledzenia, uważna refleksja, głębokie przemyślenie, zaskoczenie odrębnością zrywającą z tym, co dominuje, nazwanie umożliwionych w tym trybie odkryć, świadectwo znaczącego impulsu, uznanie długu wdzięczności za konkretne zyski rozwojowe, zdolność wskazania wartości przez niezgodę na dominujące gdzieś tezy, krytyczne przemyślenie, otwarcie zaskakującej perspektywy myślowej, ośmielenie do działań i nastawień poza wcześniej możliwe czy planowane, poczucie bycia spadkobiercą zobowiązujące do samodzielnego rozwijania idei i podążania w przejętym kierunku, konkretne przejawy zmiany, jakie zaistniały u odbiorcy. Oczywiście chcąc badać skalę osadzenia odniesień do kogoś w kategoriach autorytetu w takim profilu, nie wystarczy sięgać jedynie po płytkie deklaracje. Trzeba wskazać realne przejawy obecności kogoś jako znaczącego w biografii odbiorcy. Poza tym należy zrozumieć to, że nieobecność autorytetu albo jego gołosłowne nazwanie jest rezultatem niemożności otwarcia się na impulsy najbardziej nawet życiodajne, a nie efektem braku tych impulsów w zasięgu ręki. Brak zdolności do uznania tak pojmowanego autorytetu to choroba ducha, patologia potencjału rozwojowego i przejaw wydziedziczenia z kultury