Przedstawiamy " Intryga panny Kate" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ROMANS HISTORYCZNY. William, nowy markiz Ravenham, pilnie poszukuje bibliotekarza i antykwariusza. Na jego anons odpowiada mieszkająca w sąsiedztwie Katherine. Rezolutna panna oprócz świetnych referencji przywiozła też swoje rzeczy, pokojówkę i przyzwoitkę. William postanawia dać jej szansę. Nie żałuje tej decyzji, Katherine sprawnie porządkuje jego bibliotekę i kataloguje dzieła sztuki. Jej poczucie humoru i bystry umysł przyciągają go jak magnes. Gdy jednak dowiaduje się, dlaczego zabiegała o tę posadę, rozum podpowiada mu, by natychmiast ją odprawić. William zawsze szczycił się rozwagą, ale tym razem woli słuchać podszeptów serca… Fragment książki – Trzeba coś z tym zrobić. Nie mogę żyć w takim chaosie – oznajmił nowy markiz Ravenham. – Nie miałem pojęcia, że kolekcjonerska pasja mojego zmarłego kuzyna do tego stopnia wymknęła się spod kontroli. To nie jest normalne. Sala balowa Ravenham Hall była zastawiona taką ilością posągów, że można by nimi ozdobić spory park. Między rzeźbami stały skrzynie, niektóre już otwarte, a wokół było pełno słomy. – Praktycznie każde pomieszczenie w tym domu zmieniło się w magazyn na obrazy, skrzynie i bibeloty. – Sam widok tego wszystkiego sprawiał, że ogarniało go przemożne znużenie. Arnley, jego zarządca, zakaszlał i spojrzał przepraszająco. – Obawiam się, że w ostatnich latach entuzjazm jego lordowskiej mości wymknął się spod kontroli. Jego sekretarz, pan Townsend, nie mógł tego dłużej znieść i osiemnaście miesięcy temu złożył rezygnację. Od tamtej pory sytuacja stała się dramatyczna. Jego lordowska mość cenił jedynie zdobywanie nowych przedmiotów, a gdy już docierały na miejsce, przestawały go interesować. Z tego, co wiem, ewidencjonował zakupy, ale w jaki sposób… – Arnley umilkł i zrobił nieszczęśliwą minę. – Ostatnimi czasy zrobił się dość skryty. Zabronił wpuszczać gości do pomieszczeń poza salonem, jadalnią i gabinetem. To wyjaśniało, dlaczego jego spadkobierca aż do teraz nie miał pojęcia o tej sytuacji. Obecny markiz, Will Lovell, był dalekim kuzynem zmarłego markiza Ravenhama, a zarazem jego adwokatem. Wszystkie spotkania istotnie odbywały się w gabinecie, a markiz jasno dawał do zrozumienia, że Will nie powinien zabawić dłużej, niż to konieczne. Niedawno zmarły Randolph korzystał z usług Willa podczas licznych sporów sądowych. Niezależnie od tego, czy chodziło o sąsiada naruszającego granice jego ziemi, dzierżawcę zalegającego z płatnościami czy handlarza podejrzanego o nieuczciwość, Randolph doprowadzał każdą sprawę do końca. Jako głowie swojego rodu Will był mu winien szacunek. Jako człowiekowi, który opłacił jego edukację i aplikację prawniczą, był mu winien lojalność. A jako dostarczycielowi spraw, w których mógł zatopić zęby, był mu winien nieustanną uwagę. Nie dało się zaprzeczyć, że Randolph był zawsze ekscentrykiem. W jego życiu nie liczyło się nic oprócz antyków i koni. To właśnie te drugie przyczyniły się do jego śmierci, a także śmierci jego bezpośredniego dziedzica podczas wyścigu karykli. Will nigdy nie spodziewał się, że przejmie tytuł. Randolph wciąż był dostatecznie młody, by po bezdzietnym pierwszym małżeństwie ponownie się ożenić. Gdyby zaś nie doczekał się męskiego potomka, dziedziczyłby po nim jego kuzyn pierwszego stopnia. Will był jedynie drugim kuzynem dzielącym z nim wspólnego pradziadka. – Sądzę, milordzie, że będzie potrzebny bibliotekarz, ktoś, kto doradziłby w kwestii antyków, a także sekretarz – zasugerował ostrożnie Arnley po kolejnej minucie przygnębionego milczenia. – Natychmiast zamieszczę odpowiednie ogłoszenia w prasie. – Świetnie. – Mamo! – Katherine Jones wpadła do salonu, ściskając gazetę. – On szuka bibliotekarza i antykwariusza! Jej matka poprawiła niewielki aksamitny wałek z przypiętym do niego przepięknym fragmentem koronki i podniosła wzrok. – O kim mówisz? – Wbiła jeszcze jedną szpilkę w naprawiany fragment koronki i odłożyła robótkę. Jej umiejętność renowacji cennych zabytkowych koronek była bardzo poszukiwana i stanowiła dochodowe uzupełnienie domowego budżetu. – Nowy markiz Ravenham. Ten wstrętny adwokat, który doprowadził tatę do ruiny. Zobacz tylko! To nie może być nikt inny. Pani Jones wzięła od niej gazetę i zaczęła czytać na głos. – “Poszukuje się wykwalifikowanego i doświadczonego bibliotekarza oraz antykwariusza o szerokiej wiedzy, którzy podejmą się oceny, skatalogowania oraz doradztwa w zakresie uporządkowania lub zbycia dużej kolekcji ksiąg oraz artefaktów, niedawno odziedziczonej przez pewnego dżentelmena. Zgłoszenia zawierające pełne dane oraz referencje należy przesyłać do kancelarii Lovell & Foskett przy Lincoln’s Inn.” Skąd wiesz, że chodzi o lorda Ravenhama? – Ten adwokat nazywał się William Lovell. To musi być jego kancelaria. Mamy szansę odnaleźć to, co ukradł jego kuzyn, i pociągnąć go do odpowiedzialności za splamienie dobrego imienia taty. Zamierzam zaaplikować na oba stanowiska. Jej matka wypuściła gazetę z rąk. – Ale… dziecko, on nigdy nie zatrudni kobiety. I rozpozna nazwisko. Poza tym skąd zamierzasz wziąć referencje? – Przyjmie mnie, kiedy zrozumie, że jestem najlepiej wykwalifikowaną kandydatką, poza tym zaoszczędzi, zatrudniając jedną osobę, zamiast dwóch. Lady Eversholt może wystawić mi referencje, podobnie jak kilkoro innych klientów. Mogę wybrać dowolne nazwisko i poprosić, by go użyli. Jej matka jęknęła cicho i zamknęła oczy. – Jesteś tak samo porywcza i uparta jak twój ojciec. To nigdy się nie uda, choć bardzo chciałabym zobaczyć, jak tego człowieka spotyka zasłużona kara. – Och, ja również – odparła ponuro Katherine. I chcę odzyskać Rubin Borgiów, dodała w myślach. Bezcenny, wyjątkowy i niezwykle wartościowy rubin został skradziony wraz z dobrym imieniem jej ojca, a ta podwójna strata przedwcześnie wpędziła go do grobu. – Pozostała jeszcze jedna osoba, milordzie. – Giles Wilmott, nowy sekretarz Willa, stanął z wahaniem na progu jego gabinetu. – Nieco… niezwykła osoba aplikująca na oba stanowiska. Will spojrzał na ostatni plik dokumentów na biurku. – C. A. Jenson. Muszę przyznać, że referencje są znakomite. Panna Deben przesłała przykład organizacji swojej biblioteki, a referencje lady Eversholt zawierały kopię katalogu kolekcji antyków jej zmarłego męża, wraz z wycenami i rekomendacjami. Imponujące. Muszę powiedzieć, że pozostali kandydaci srodze mnie zawiedli. Zjawił się bibliotekarz tak ospały, że świeżo emerytowany pan Townsend wydawał się przy nim wulkanem energii. Był też taki, który planował narzucić swój nowatorski i niezwykle skomplikowany system katalogowania. Pojawił się również znawca antyków, który w oczywisty sposób chciał zagarnąć całą kolekcję dla siebie, i taki, który znał się wyłącznie na rzeźbach. – Proszę go wprowadzić. Wilmott wyglądał, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale zamiast tego skłonił się i wyszedł. Minutę później drzwi otworzyły się i stanął w nich ostatni kandydat, a właściwie... kandydatka. Will zerwał się z miejsca. – Ale… pani jest kobietą! – Tak, milordzie. – Stojąca przed nim młoda dama dygnęła z wdziękiem. Jej twarz pozostawała spokojna, ale miał nieodparte wrażenie, że tłumi śmiech. – Ale… ja potrzebuję mężczyzny… – Will urwał, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział. Tym razem miał już pewność. Śmiała się z niego, choć na jej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Zdradziły ją oczy. – Do diabła. – Will potrzebował chwili, by odzyskać spokój. – Najmocniej przepraszam za moje maniery. Proszę usiąść, panno Jenson. Wygląda na to, że zaszła pomyłka. Szukam bibliotekarza i antykwariusza, nie gospodyni. – Wyśmienicie się składa, ponieważ ani trochę nie znam się na zarządzaniu domem, milordzie – odparła spokojnie. – Posiadam umiejętności i wiedzę, których pan potrzebuje. To rodzinna tradycja. Mój ojciec wszystkiego mnie nauczył. Mogę przedstawić dodatkowe referencje, jeśli pan sobie tego życzy. – Po tych słowach umilkła, ale skoro Will nie odpowiedział, mówiła dalej: – Mam pewne pojęcie o pańskim problemie. Zmarły markiz był dość znany w kręgach, w których się obracam. Domyślam się, że posiadłość pęka w szwach od jego nabytków. – Tak – odparł lakonicznie Will. Nie było sensu ukrywać faktów. – Panuje tu całkowity chaos. Panna Jenson skinęła głową. – Tak właśnie przypuszczałam. Zatrudniając mnie, zaoszczędzi pan na wynagrodzeniach. Oczekuję stu funtów rocznie, skromnego apartamentu oraz wyżywienia dla mnie, mojej przyzwoitki i naszej pokojówki. – Sto funtów? Za taką sumę mógłbym zatrudnić dwóch kamerdynerów, panno Jenson. – Jeśli zdoła pan znaleźć dwóch kamerdynerów, którzy potrafią robić to, co ja, milordzie, to stanowczo radzę ich zatrudnić – odparła uprzejmie ta irytująca kobieta i złożyła dłonie na kolanach. Will nie odniósł sukcesu w zawodzie adwokata, zazwyczaj przegrywał utarczki słowne ze stroną przeciwną. Odchylił się na fotelu i zmierzył ją wzrokiem ponad blatem biurka. – To dom kawalera. Nie obawia się pani o swoją reputację? – Biorąc pod uwagę jej dykcję i elegancki, choć skromny strój, było jasne, że jest szlachetnie urodzona. – Będę miała przy sobie pokojówkę, a także przyzwoitkę, wdowę po duchownym o nieskazitelnej reputacji. Zapewne zatrudnia pan gospodynię i pokojówki, prawda? – Owszem, ale one należą do służby. Pani zaś przebywałaby tutaj w innym charakterze, podobnie jak mój sekretarz. Oczekiwałbym na przykład, że on i bibliotekarz będą jadać przy moim stole. – Moja przyzwoitka, pani Downe, jest zarazem moją kuzynką, przyzwyczajoną do jadania w towarzystwie arystokratów, a nawet arcybiskupa. Will uparcie milczał. – Zakładam, że londyńska rezydencja również tonie w przedmiotach… – Mój zmarły kuzyn przez ostatnie lata mieszkał tutaj, więc owoce jego kolekcjonerskiej pasji są zgromadzone głównie w tej posiadłości. Londyński dom wygląda względnie… normalnie. Pokażę pani wszystko, a pani sama zobaczy, na co się porywa. Markiz wyprowadził Katherine z gabinetu. Bez wątpienia był przekonany, że wystarczy jeden rzut oka na czekające ją zadanie, by uciekła z krzykiem. Sam gabinet był w miarę uporządkowany, z dwoma rzędami regałów biegnącymi wzdłuż przeciwległych ścian. Stojące na nich tomy wyglądały na często używane encyklopedie i jedynie rząd rzymskich popiersi nad kominkiem zdradzał obsesję zmarłego markiza. W holu znajdowały się posągi i obrazy, ale nie więcej niż w przeciętnym domu. Niewielki salonik, w którym czekała, również był dość skromny. Jednak gdy zaczęli przemierzać pokoje na parterze, wkroczyli do świata skrzyń, posągów, tajemniczych szafek o wielu szufladach i opartych o ściany obrazów. Gdzieś tutaj musiał być rubin, ale nie wołał jej tak, jak się spodziewała. Możliwe, że wykazała się naiwnością, sądząc, że wyczuje obecność czegoś, co sprowadziło na jej rodzinę tak wiele nieszczęść. – Czym trzeba zająć się w pierwszej kolejności, milordzie? – Biblioteką – odparł bez wahania. – Chciałbym mieć uporządkowany księgozbiór, w którym będę mógł szybko znaleźć to, czego potrzebuję. Oczywiście. Jako prawnik był przyzwyczajony do posługiwania się obszernym zbiorem ksiąg prawniczych, a wynik sprawy mógł zależeć od szybkiego odnalezienia właściwego tomu. – W jaki sposób powinny być uporządkowane? – Logicznie – odparł, rzucając jej spojrzenie sugerujące, że nie powinien tłumaczyć tak prostych i oczywistych rzeczy. – Pańskie pojęcie logiki może być inne niż moje, milordzie. – Och tak, to bardzo prawdopodobne. Katherine rzuciła gniewne spojrzenie jego szerokim plecom. Co za nieznośny człowiek. Ale przecież już wcześniej wiedziała, że tak będzie. Był bezwzględny, gotowy zniszczyć człowieka tylko dlatego, że tak rozkazał mu jego pan i władca, Musiała jednak przyznać, że był też przystojny. Wysoki, ciemnowłosy, o płaskim brzuchu i wąskich biodrach. Raczej nie spędzał całych dni zgarbiony nad księgami prawniczymi ani nie objadał się na wystawnych kolacjach. Markiz otworzył drzwi i odwrócił się, by puścić ją przodem. Jego przenikliwe niebieskie oczy napotkały jej spojrzenie. Katherine pospiesznie odwróciła wzrok. Nie mogła ryzykować, że dostrzeże w jej oczach niechęć. – Dobry Boże, cóż za wspaniałe miejsce! – zawołała nie tylko po to, by mu się przypodobać. Biblioteka naprawdę zasługiwała na podziw, a przynajmniej zasługiwałaby, gdyby nie panował w niej taki bałagan. To był moment, żeby przejąć inicjatywę i już teraz pokazać swoje kompetencje. – Gdybym miała się tym zająć, zaczęłabym od uporządkowania wszystkich tomów wedle tematyki i autorów oraz skatalogowania ich wedle tych kryteriów. Potem będzie pan mógł zdecydować, które chce pan zachować, a które zostaną wystawione na sprzedaż. W trakcie pracy będę je czyścić, wykonywać podstawowe naprawy i sporządzać szacunkowe wyceny. Będę potrzebowała pokojówek do sprzątania, lokajów do przenoszenia rzeczy, drabin i stołów roboczych do sortowania. Widziała, że udało jej się odnieść pożądany skutek. Markiz właśnie tego chciał. – Tak – odparł. – Dobrze. Zatrudnię panią na miesięczny okres próbny, na podanych przez panią warunkach. – Dziękuję, milordzie. Czy mam się też zająć domem w Londynie i pozostałymi posiadłościami? – Po kolei. Muszę być tutaj, żeby zarządzać majątkiem. – Markiz przez moment wyglądał na znużonego, ale zaraz uśmiechnął się ponuro. – Nie tylko biblioteka wymaga uwagi. Kiedy może pani zacząć? – Dzisiaj, milordzie. Pani Downe, moja pokojówka Jeannie i moje bagaże czekają w powozie przed domem. Markiz uniósł brew. – Bardzo pani pewna siebie, panno Jenson. – Nie wyjechałabym z Londynu bez przyzwoitki i pokojówki. Gdyby nie zdecydował się pan mnie zatrudnić, straciłabym jedynie czas poświęcony na pakowanie. Jeśli pańska gospodyni może wskazać nam nasze pokoje i zorganizować dla nas ciepły posiłek, rozpocznę pracę jeszcze dziś po południu. Lord Ravenham obrzucił ją uważnym spojrzeniem. – Jest pani pewna siebie czy arogancka? Cóż, przekonamy się. Proszę za mną, panno Jenson. Katherine podążyła za nim, nawet nie próbując nadążyć za jego długimi krokami. Skryła uśmiech, gdy zorientował się, że ją zgubił i musiał wrócić przez labirynt korytarzy. Jego lordowskiej mości zapewne zajmie trochę czasu odkrycie, że nie będzie tańczyła tak, jak jej zagra, ale najpierw trzeba sprawić, by uznał ją za niezastąpioną. Gdy dotarli do foyer, zastali tam dwóch mężczyzn. – Panno Jenson, to jest pan Wilmott, mój sekretarz, oraz Arnley, mój zarządca. Arnley, panna Jenson, jej dama do towarzystwa oraz jej pokojówka potrzebują zakwaterowania. Wystarczy apartament z dwiema sypialniami, garderobą z łóżkiem dla pokojówki oraz przylegającym salonikiem, Proszę też poinformować kucharkę i panią Goodman, że trzeba przygotować dla nich ciepły posiłek. Pani Goodman to moja gospodyni – dodał, zwracając się do Katherine. – Panna Jenson rozpocznie pracę w bibliotece jeszcze dzisiaj. Ma otrzymać wszystko, czego zażąda. – Po tych słowach odwrócił się i zdecydowanym krokiem oddalił w stronę gabinetu. Katherine odpowiedziała na zaciekawione spojrzenie sekretarza uprzejmym uśmiechem. – Miło mi pana poznać, panie Wilmott. – Mnie również, panno Jenson. Jeśli zechce pani pójść ze mną, przedstawię pani panią Goodman. – Dziękuję. Czy ktoś mógłby pójść do powozu po moją towarzyszkę, pokojówkę oraz nasz bagaż? – Oczywiście. – Pan Arnley skłonił się i oddalił szybkim krokiem. Pan Wilmott zawahał się. – Jestem pewien, że wkrótce przywyknie pani do sposobu bycia jego lordowskiej mości. Lubi prowadzić swój okręt twardą ręką, jak mawiają w marynarce, a skala nieporządku, jaką tutaj zastał, bardzo go drażni. – Proszę się nie martwić, panie Wilmott. Jestem przyzwyczajona do zaprowadzania porządku w tym samym stopniu, w jakim lord Ravenham do zarządzania nim. I równie uparta jak on – dodała ciszej, ruszając za sekretarzem. Godzinę później, po zjedzeniu bardzo smacznego lunchu, oglądała z kuzynką Elspeth Downe i pokojówką Jeannie apartament, który im przydzielono. – Wątpię, by ten pokój był odnawiany w ciągu ostatnich dziesięciu lat – stwierdziła Elspeth, przyglądając się wyblakłym karmazynowym zasłonom. – Ale jest czysto – zauważyła Jeannie, przesuwając palcem po blacie stolika w saloniku. – I dobrze wywietrzone. – Wyobrażam sobie, że gospodyni była zachwycona, znajdując kilka pokoi, które dało się jeszcze posprzątać – odparła cierpko Elspeth. – Mieszkanie tutaj musi przypominać życie w bardzo źle zorganizowanym muzeum. A to, co widziałam na pierwszym piętrze, to chyba nie były trumny? – Sarkofagi – wyjaśniła Katherine, odsuwając zasłony i otwierając okno. – Ze starożytnego Egiptu. – Wolała nie wspominać, że mogą znajdować się w nich ludzkie szczątki. Jeannie poszła pomóc pokojówkom ścielącym łóżka, a Elspeth usadowiła się na jednym z foteli. – Całkiem komfortowy – stwierdziła. – Ty zaś, jak rozumiem, zamierzasz sprawić, by lord Ravenham czuł się tak niekomfortowo, jak to tylko możliwe? Elspeth wiedziała, że markiz był w jakiś sposób odpowiedzialny za upadek ojca Katherine, ale Katherine i jej matka nigdy tak naprawdę nie zdradziły, co kryło się za tamtym skandalem. Katherine wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała opowiedzieć Elspeth całą historię i wyjaśnić, dlaczego byłaby wdzięczna, gdyby Elspeth nie odgrywała roli przyzwoitki zbyt rygorystycznie. – Ależ skąd – odparła, obserwując ubraną na czarno postać na siwym koniu galopującą przez park. – Mam zamiar być sympatyczna, pomocna i uśpić czujność Ravenhama, by zaczął mnie postrzegać jako nieszkodliwą część gospodarstwa domowego. Do chwili, kiedy uznam, że nadszedł czas, by dostał to, na co zasłużył, dodała w duchu. *** Katherine stała pośrodku biblioteki i wydawała polecenia lokajom ustawiającym trzy stoły robocze w możliwie najprostszym rzędzie. Inny przystawił drabinkę biblioteczną do pierwszego rzędu regałów i podawał książki służącemu, który następnie zanosił je do biurka, na którym Katherine rozłożyła notesy, fiszki, ołówki, pióro, atrament i miękkie pędzelki. Podeszła do niej pokojówka. – Potrzebuję czystych szmatek do ścierania kurzu – powiedziała Katherine. – Tak, panienko. Mam wiadomość od pani Goodman. Przekazała, że jego lordowska mość oczekuje panienki i pani Downe o ósmej na kolacji. – Oczywiście. Podziękuj pani Goodman i przekaż wiadomość pani Downe, ale najpierw przynieś mi te ściereczki. Katherine usiadła na końcu jednego ze stołów, otworzyła futerał zegarka podróżnego i ustawiła go tak, by wybijał godziny. Dobrze wiedziała, że gdy pogrąży się w pracy, straci poczucie czasu, a miała zamiar stawić się na kolacji punktualnie i wyglądać jak idealna oraz całkowicie nieszkodliwa bibliotekarka.