Czy wywnętrzać się jest słowem, któremu można ufać? Czy wywnętrzając się, człowiek winien czuć ulgę, że zeszło z niego nieco duszonej w sobie pary? A może taki wywnętrzyciel powinien zawstydzić się, że został odkryty, że sam siebie zdradził, że stał się kolejnym podmiotem złapanym w sidła tego niepewnego czasownika? W każdym razie, niniejsza książka stanowi pewne wywnętrzenie się. Kiedy cztery lata temu przeprowadziłem się do Rzymu, żeby zacząć moją kolejną przygodę ze studiowaniem, nagły zalew wrażeń i myśli sprawił, że musiałem podjąć ryzyko i zacząć pisać. Choćby na próbę, choćby do szuflady. Nie chodziło o to, że było mi straszno, albo że mi się przykrzyło samemu w nowym kraju. Wszak już od dziecka nazywany bywałem powsinogą, a potem obdarzano mnie tym epitetem również w Kruszwicy – która stała się moim domem na trzy piękne lata – a także w Ameryce, gdzie mówiono, że siedzi we mnie travel bug – mały robal, zmuszający do nieustannego przemieszczania się. Szło o to, że byłem świadom, iż rozpoczynam bardzo ważne lata swojego życia. Że otwierają się przede mną wspaniałe możliwości i że muszę je wykorzystać. Że jeśli ten mój pobyt w Rzymie ma się udać, muszę przede wszystkim wymagać od samego siebie.