W świecie stworzonym przez Roberta Miklasińskiego rozsiadłam się jak w wygodnym, dobrze znanym fotelu. Polubilam uważność Autora, jego umiejętność „ zaglądania pod powierzchnię codzienności", dystans do siebie i świata. Doceniłam oszczędną frazę prozy, bez zbędnych ozdobników, ale z precyzyjną i ostrą jak chirurgiczny nóż metaforą. Nie jest to proza, która przecieka przez pamięć niczym woda przez palce. Wyróżnia się na tyle, by zostawić znaczący ślad. Autor, podobnie jak jego ulubiony malarz Edward Hopper, potrafi spojrzeć na to, co banalne, w inny sposób, nadać mu nową wartość. Rejestruje szelest rozwijających się we wrzątku liści herbaty i ostatnie tchnienie psiego ciała. Czyni z małego palca u stopy centrum wszechświata, gdy ten o poranku zderza się z nieoczekiwaną przeszkodą. Ma świadomość jak niewiele wystarczy, by wpuścić do własnego życia chaos świata. Skupia się na tym, co ważne i dające do myślenia. Świat 30x50 jest gęsty od zdarzeń emocji i refleksji. Pierwotnie opowiadań/felietonów w zbiorku miało być trzydzieści. Niestety tego planu autorowi nie udało się zrealizować. Jako czytelnik nie tracę nadziei na więcej. Cierpliwie poczekam.