# Pałac w Wenecji / Kim jest moja żona?

Canonical: https://www.kolczanksiazek.pl/rosie-maxwell/palac-w-wenecji-kim-jest-moja-zona

Wersja JSON (te same dane): https://www.kolczanksiazek.pl/rosie-maxwell/palac-w-wenecji-kim-jest-moja-zona.json

![Pałac w Wenecji / Kim jest moja żona?](https://quivercdn.com/covers/harlequin/rosie-maxwell/palac-w-wenecji-kim-jest-moja-zona_978-83-2912-337-2-e49a7778.webp?v=2026-10-10%2002%3A18%3A17)

- Autorzy: [Rosie Maxwell](https://www.kolczanksiazek.pl/rosie-maxwell), [Sharon Kendrick](https://www.kolczanksiazek.pl/sharon-kendrick)
- Język: pl_PL
- Data wydania: 2026-11-10
- Gatunki: Romans

## Opis

Przedstawiamy " Pałac w Wenecji" oraz " Kim jest moja żona?", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO. Na pogrzebie ciotki Domenica Ricciego zjawia się Rae – jego żona, która opuściła go kilka miesięcy wcześniej. Domenico zamierza wnieść o rozwód, jednak testament ciotki zawiera warunek, że odziedziczy po niej pałac w Wenecji dopiero po drugiej rocznicy ślubu. Rae wie, ile dla Domenica znaczy ten pałac, zgadza się więc zostać z nim na najbliższe pół roku. Liczy też na to, że ten czas będzie okazją, by wiele sobie wyjaśnili i być może spróbowali od nowa… Gdy szejk Zayed poznaje Nadię Amani, natychmiast decyduje się na ślub. Nazajutrz po nocy poślubnej Nadia wyjawia Zayedowi prawdę o swoim pochodzeniu i własnych planach związanych z tym małżeństwem. Zayed wściekły, że poślubił córkę człowieka, którego nienawidził, chce ją natychmiast odprawić. Potem jednak przychodzi mu do głowy pomysł, jak wyciągnąć dla siebie korzyści z tej sytuacji… Fragment książki Domenico Ricci cierpiał. Tętniący ból rozsadzał mu skronie. Rozprzestrzeniał się po całym ciele. Czuł go nawet w kościach. Zwykłe oddychanie przychodziło mu z ogromnym trudem. Zawsze uważał, że żałoba jest marną wymówką ludzi słabych, niezdolnych pogodzić się z rzeczywistością. Śmierć była przecież nieuchronna. Ot, normalna konsekwencja życia. Uważał, że o wiele lepiej jest odpowiednio uczcić osobę niż zatonąć w negatywnych emocjach z powodu jej odejścia. Teraz jednak, gdy musiał na zawsze pożegnać ukochaną ciotkę Elenę, czuł jedynie smutek, który ciążył mu jak tona ołowiu. Nic nie było go w stanie wyrwać z melancholii, nawet widok Wenecji za oknem, miasta, w którym się urodził i do którego zawsze chętnie powracał. Mimo że Elena dożyła sędziwego wieku, nie był przygotowany na jej odejście. Stracił osobę, która zawsze była dla niego oparciem, przewodnikiem na życiowych zakrętach i najlepszym sojusznikiem. Elena dała mu dom, gdy własna matka go porzuciła. A teraz odeszła także ona. Jak wiele osób, które przewinęły się przez jego życie. W szybie zobaczył niewyraźne odbicie swojej zafrasowanej twarzy. Ponure myśli kazały mu wrócić do przeszłości i na nowo mierzyć się z emocjami towarzyszącymi przykrym zdarzeniom z jego życia, począwszy od narodzin, a skończywszy na nieudanym małżeństwie z Rae. Domenico poczuł, jak jego ciało spina się z bólu na samą myśl o żonie. Przed oczami stanęła mu jej twarz o delikatnych rysach, burza kasztanowych włosów i oczy w kolorze bezchmurnego nieba, zdolne skruszyć nawet najbardziej zatwardziałą duszę. Podniósł trzymaną w dłoni szklankę, by choć trochę zagłuszyć ból gorzkawym smakiem bursztynowego trunku. Ze wszystkich kobiet, które pozostawiły w jego sercu blizny, rana zadana przez Rae bolała najbardziej. Dlatego, że to on ją wybrał. Zaprosił ją do swojego życia, włożył na jej palec pierścionek, wypowiedział słowa przysięgi, a ona to wszystko podeptała, odchodząc bez słowa wyjaśnienia. Mimo to w chwilach smutku to właśnie jej kojącego dotyku brakowało mu najbardziej. Spośród wszystkich osób, które gościły w jego palazzo, to właśnie jej twarz chciałby teraz zobaczyć, a ona nawet nie zadała sobie trudu, by zadzwonić i złożyć kondolencje… Domenico podniósł szklankę do ust, zdając sobie sprawę z tego, że melancholijny nastrój zmienił go w sentymentalnego głupca. Oczywiście, że nie zadzwoniła ani nie przyjechała. Zostawiła go przecież. Porzuciła tak jak inni. Nie miała nawet na tyle przyzwoitości, by mu powiedzieć, że jest nieszczęśliwa albo że potrzebuje czasu dla siebie. Nie dała mu szansy na uratowanie ich małżeństwa. Pewnego dnia po prostu wyszła, zostawiając zdawkową wiadomość na skrawku papieru. Prawdę mówiąc, nie zasługiwała, by poświęcał jej teraz tyle uwagi. Była ostatnią kobietą na ziemi, której powinien pożądać. Jeśli potrzebował pocieszenia, miał do dyspozycji wiele innych kobiet i byłyby one przeszczęśliwe, że mogą dzielić z nim łóżko. Nic poza jedną nocą lub przelotnym romansem nie miał do zaoferowania. Nie zamierzał wdawać się w żadne związki, ponieważ wiedział, czym to grozi. Ponownym odrzuceniem. Z zamyślenia wyrwał go odgłos kroków na korytarzu i skrzypnięcie przymkniętych drzwi do jego gabinetu. Znajomi wiedzieli, że nie należy mu przeszkadzać, a zatem musiał to być ktoś, kto nie znał zwyczajów panujących w domu lub po prostu stracił orientację, przemierzając kolejne korytarze. Może reporter, który chciał, by powiedział parę słów o zmarłej. Albo ktoś niebywale wścibski… Nie odwrócił się w nadziei, że osoba zajrzy tylko i widząc, że źle trafiła, pójdzie dalej, ale kroki ucichły. W ciszy Domenico poczuł najpierw gęsią skórkę, która zjeżyła mu włosy na karku, a zaraz potem do jego nozdrzy dotarł ledwie wyczuwalny zapach, który rozpoznałby zawsze i wszędzie. Serce w jego piersi stanęło na moment i już wiedział, że to była ona. – Domenico? Od dawna niewypowiadane przez nią imię męża zabrzmiało obco w jej uszach, a równocześnie znajomo. Zadrżała, patrząc na niego pierwszy raz od wielu miesięcy. Stał odwrócony tyłem i zapatrzony w urokliwe miasto tonące w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca. Nadal prezentował się imponująco. Szerokie barki, wąskie biodra, słuszny wzrost. Nie spodziewała się, że zmieni się znacząco. Żywiła jednak nadzieję, że wrażenie, jakie zawsze na niej robił, zdecydowanie osłabnie. Nic z tego. – Więc jednak zdecydowałaś się przyjechać? Trochę zbyt późno – odezwał się ponurym głosem. – Wiem, wybacz mi. Próbuję się tu dostać od paru dni, ale najpierw przeszkodziła nam burza śnieżna. Odwołano wszystkie pociągi i loty. Dopiero dziś udało mi się złapać samolot. – Dziwi mnie, że zadałaś sobie aż tyle trudu. – Chciałam pożegnać Elenę. – Rae umilkła przytłoczona poczuciem winy. Upłynęło wiele czasu, odkąd ostatni raz widziała Elenę. – Gdybym wiedziała, że jest chora… Domenico odwrócił się. Na jego twarzy wymalowana była wściekłość. – A skąd miałabyś o tym wiedzieć, Rae? Przecież zostawiłaś rodzinę i w ogóle się nami nie interesowałaś. – Proszę cię, Domenico… – zaczęła, ale wiedziała, że zasłużyła na cały ten gniew. – Nie przyjechałam tutaj, żeby się kłócić. – Po co w ogóle przyjeżdżałaś? Nie masz wobec Eleny żadnych zobowiązań. Potwierdziłaś to swoim odejściem, pamiętasz? Złość wyostrzyła mu rysy, czyniąc go jeszcze przystojniejszym. Rae nie była pewna, czy uda jej się pokonać suchość w gardle. Domenico ze swoją atletyczną sylwetką przypominał starożytnego wojownika. Miał w sobie tyle charyzmy, że czuła się nią zupełnie przytłoczona. – Mówiłam już, że chciałam się pożegnać i złożyć ci kondolencje – wyjąkała. Prawda była jednak taka, że sprowadziło ją tutaj nie współczucie, lecz tęsknota. Fizyczna i emocjonalna. Dlatego zdecydowała się wrócić po raz ostatni do Wenecji. Gdy przeczytała, że Elena nie żyje, od razu przyszedł jej na myśl Domenico. Potem zaczęła się zastanawiać, jak mogłaby mu pomóc w tych trudnych chwilach. Ale nawet teraz, gdy stała tuż obok, czuła się tak, jakby byli od siebie oddaleni o tysiące mil. Ten sam impuls, który zmusił ją do pojawienia się po długiej przerwie w Palazzo Ricci, nakazywał jej teraz zrobić kilka kroków i objąć Domenica ramionami, najmocniej jak tylko potrafiła. Ale czy to nie oznaczałoby powtórki błędów z przeszłości? Wpadnięcia w dynamiczny wir, który niegdyś uczynił ją tak nieszczęśliwą? Owszem, mogłaby potraktować tę sytuację jako wyjątek, ale też musiałaby się zastanowić, czy rzeczywiście zmieniła się w ciągu ostatnich miesięcy. A to były bardzo niewygodne rozważania. – Złożyłaś już kondolencje, więc możesz iść. Odprowadziłbym cię do wyjścia, ale zapewne pamiętasz drogę – powiedział lodowatym tonem, po czym odwrócił się do niej plecami. Rae zrobiła się czerwona, do oczu napłynęły jej łzy. Wiedziała, że Domenico potrafi być bezwzględny. Prowadzenie wielkiej firmy i zarządzanie tysiącami pracowników na całym świecie wymagało bycia twardym. Wiedziała jednak także, że nie musiał być taki wobec niej. Musiał być bardzo nieszczęśliwy, kiedy ze sobą byli, jeśli wciąż żywi do niej tyle gniewu. Upokorzyła go, odchodząc. Dlatego ani razu nie spróbował nawiązać z nią kontaktu. Nie spodziewał się zapewne, że ją zobaczy. Stało się jednak inaczej. Serce Rae zadrżało w niepewności. Może faktycznie powinna zrobić, co jej kazał, i wyjść. Nie była tu mile widziana i tak naprawdę nie miała tu nic do roboty. Domenico miał służbę i asystentów, którzy dbali o jego sprawy. Możliwe także, że miał partnerkę, która zapewniała mu emocjonalne wsparcie. Och, dlaczego nie pomyślała o tym, zanim zdecydowała się na tak daleką podróż? Popisała się piramidalną głupotą, inaczej nie można było nazwać tej eskapady. Odwróciła się i zrobiła dwa kroki, po czym przystanęła. No nie! Kolejny raz dała się zapędzić w kozi róg i gotowa była mu ustąpić. Nie tak powinno to wszystko wyglądać. Obiecała sobie przecież, że nigdy więcej nie pozwoli, by ktokolwiek ją strofował albo wydawał jej polecenia. Przyleciała do Wenecji, ponieważ martwiła się o niego. Wiedziała, jak ważną osobą w jego życiu była Elena. Czuła, że Domenico będzie potrzebował kogoś, przy kim mógłby dać upust swojemu cierpieniu. Dlatego teraz musiała się upewnić, że zrobiła wszystko, co w jej mocy, by pomóc mu przejść najtrudniejsze chwile. – Chcesz, żebym poszła, i zrobię to, ale muszę mieć pewność, że dasz sobie radę. Także dlatego tu jestem. Domenico wydał z siebie warknięcie, które nie było jedynie wyrazem poirytowania, leczy pytaniem o to, dlaczego Rae go zostawiła, skoro jego samopoczucie tak bardzo leżało jej na sercu. – Nic mi nie jest – odburknął. Rae stłumiła w sobie westchnienie. Była to jego standardowa odpowiedź. Dlaczego zawsze musiał być taki uparty? – Naprawdę, Domenico? Ile drinków już wypiłeś? – spytała, podchodząc bliżej i patrząc znacząco na trzymaną w dłoni kryształową szklankę. – Jadłeś coś dziś w ogóle? Spałeś? – Mój plan posiłków i reszty dnia albo nocy to już nie twoja sprawa, Rae – rzucił wściekły. – Masz rację – mruknęła, zaatakowana niespodziewanie obrazem męża w objęciach innej kobiety. – Wiem jednak, jakim ciężarem potrafi być żałoba. Wiem, jak trudno jest pogodzić ją z dotychczasowym życiem. Domenico patrzył na Rae, jakby była czarownicą czytającą w jego myślach. – Sama to przeżyłam. Dwa razy. Zapomniałeś już? – dodała. Utrata obojga rodziców w krótkim odstępie czasu była najtrudniejszą jak dotąd rzeczą, z jaką Rae musiała się zmierzyć. Większości dni po pogrzebie ojca, a potem matki po prostu nie pamiętała. Nie uważała się za szczególnie silną osobę i na pewno nie czuła się silna teraz, znajdując się w kręgu oddziaływania Domenica, co groziło wciągnięciem jej z powrotem do jego świata. Nagle wszystkie powody, dla których zdecydowała się od niego odejść, wydały jej się błahe i odległe. Również dlatego wszystkie dzwonki ostrzegawcze w jej umyśle zaczęły przeraźliwie głośno dzwonić. – Nie – powiedział i wychylił resztę trunku, po czym schylił się, by odstawić szklankę na stolik obok lampy. W jej świetle dostrzegła, jak ciężkie musiały być dla niego ostatnie dni. Cienie pod oczami, surowe rysy, smutek na niegdyś tak przystojnej twarzy. Nie widziała go nigdy w tak kiepskiej formie, co na nowo wzbudziło w niej współczucie. – Nie zapomniałem. Śmierć bliskich to piekło. Wyprostował się i oparł biodrem o szafkę. – Myślałem, że, wiedząc, jak bolesna jest taka strata, będziesz znacznie bardziej doceniać nasz związek. Popełniłem błąd. Okazałaś się zupełnie inna, niż sobie wyobrażałem. – Oboje przeżyliśmy to rozczarowanie – odparła, przypominając sobie, jak innym człowiekiem od tego, w którym się zakochała, okazał się Domenico. Wściekłość na powrót zagościła na jego twarzy. – Czym niby miałem cię rozczarować? Dałem ci wszystko. Absolutnie wszystko! Tego nigdy nie kwestionowała. Był hojnym człowiekiem, jeśli chodziło o kwestie materialne, ale za to, co jej miał do zaoferowania, zapłaciła wysoką cenę. Musiała trwać przy nim zawsze. Poświęcić wszystkie aspekty swojego własnego życia. Stawiać jego potrzeby ponad własnymi. W każdej minucie każdego dnia. Ponieważ on uważał to za oczywiste. Początkowo nie dostrzegała, jaki to dla niej ciężar. Jego zadowolenie sprawiało, że sama czuła się szczęśliwa. Któregoś dnia jednak zauważyła, że poza nim i jego sprawami nic innego w jej życiu nie istnieje. Nie miała pracy ani przyjaciół, żadnego hobby, ponieważ zwyczajnie nie znalazłaby na nie czasu. Gdyby jakimś zrządzeniem losu została sama, nie wiedziałaby, czym wypełnić sobie dni. Świadomość tego była niczym najgorszy koszmar senny. Tyle że w jej przypadku nie mogła się z niego obudzić. Wiedziała też, że tak dalece idące poświęcenie się drugiej osobie, skończy się osamotnieniem i depresją. Każdego dnia robiła kolejny mały krok w tę stronę, tymczasem Domenico zdawał się zupełnie nie zauważać ani jej, ani jej potrzeb. Otrząsnęła się z przykrych wspomnień. Nie przyleciała do Wenecji po to, by rozsiąść się na zgliszczach po swoim małżeństwie. A już na pewno nie w dniu pogrzebu Eleny, gdy cały dom był pełen żałobników. – Musimy pogodzić się z tym, że mamy odmienne zdanie na ten temat – powiedziała Rae spiętym głosem. – Na dole jest sporo ludzi. Nie powinieneś do nich zejść? Jej słowa spotkały się z pełnym uporu przedłużającym się milczeniem. Domenico westchnął wreszcie. – Wolałbym zostać tutaj. Każdy mi mówi, jak cudowna była Elena, a ja jestem na nią zbyt wściekły, by rozprawiać o jej cudowności. – Domenico… – powiedziała ze współczuciem. Relacja z Eleną była ważną częścią życia Domenica i gdy tylko Rae poznała Elenę, zrozumiała dlaczego. Elena miała wybitny umysł, szczere serce i piękną duszę. Była też jedyną rodziną dla Domenica, którym się zajęła, gdy miał zaledwie kilka dni, a jego biologiczna matka, dużo młodsza krewna Eleny, nie była w stanie wychowywać dziecka. Albo może nie chciała. Rae nie była pewna. Za każdym razem, gdy próbowała dowiedzieć się czegoś o rodzicach Domenica, ten wymawiał się brakiem czasu albo po prostu milczał. Tak zresztą było zawsze, gdy rozmowa schodziła na przeszłość lub w jakiś sposób dotykała emocji. Od czasu, gdy go poznała, wiedziała, że przeszłość jest dla niego ciężarem. I choć fizycznie byli ze sobą blisko, to Domenico zawsze trzymał Rae na dystans, jeśli chodziło o emocje. Gdy zmarli jej rodzice, pomyślała, że może wspólne doświadczenie traumy zwiąże ich ze sobą mocniej. Ku jej zaskoczeniu jednak to właśnie jej trauma stała się przyczyną rozpadu ich związku. Domenico nie chciał jej opowiedzieć o sobie, a ona nie potrafiła żyć z kimś, kto aż tak jej nie ufał. Dlaczego miała poświęcać swoje życie człowiekowi, który nie chciał, by znała każdy szczegół z jego życia? Jak miała oddać serce komuś, kto nie chciał otworzyć przed nią swojego serca? To wszystko nie powstrzymało jej jednak. Była zdeterminowana, by pokazać, jak bardzo współczuje mu z powodu odejścia Eleny. Chciała objąć go ramionami i powiedzieć, że nie jest sam. Nie mogła znieść myśli, że Domenico jest samotny w cierpieniu i żałobie, a jedynym uczuciem, które pozwala mu się od nich oderwać, jest wściekłość. Pamiętała, że po śmierci ojca także czuła gniew. Dlaczego to właśnie on musiał odejść tak wcześnie, a nie ktoś inny? Była pewna, że Domenico mierzył się z podobnymi myślami jak ona wtedy. Ledwie jednak wyciągnęła ramiona w jego stronę, zastygła rażona lodowatym spojrzeniem. – Co robisz? – Ja… – Po to tu przyjechałaś? – spytał, patrząc jej w oczy, jakby odpowiedzi na jego pytania były w nich wypisane. – Wydawało ci się, że wystarczy parę słów pocieszenia, bym znowu wpadł w twoje sidła? Jestem w żałobie, Rae. Nie jestem głupi, zapamiętaj sobie. Swoim odejściem pokazałaś, jak niewiele dla ciebie znaczyłem. Nigdy ci tego nie zapomnę. Zabieraj się stąd, ale już! Z kamienną twarzą wskazał jej drzwi. Nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa. Wiedziała, że zostawiając go, wywołała atak furii. Domenico nie był przyzwyczajony do tego, by decyzję podejmował ktoś inny niż on. Miała jednak nadzieję, że z czasem zrozumie, że jej odejście było jedyną rozsądną decyzją. Każde z nich chciało czegoś innego w życiu, a ich oczekiwania były nie do pogodzenia. Nigdy nie myślała, że ta wściekłość pozostanie z nim na zawsze. Naprawdę nie miała zamiaru go zranić. Po prostu nie mogła dłużej znieść tego, że tak ją tłamsi. Żadne rozmowy z nim nie przynosiły pozytywnego rezultatu. Musiała z tego małżeństwa wyjść albo popadłaby w depresję. Nie było trzeciej drogi. Powoli odwróciła się, czując, że nie wydobędzie z siebie ani słowa więcej. Z trudem zmusiła się do zrobienia kroku naprzód, potem kolejnego… – Właściwie to nie jest zły pomysł. Rae powinna zostać – odezwał się nagle głos, który sprawił, że Rae i Domenico podnieśli głowy, patrząc w kierunku drzwi. W progu stała Alessandra Donati, prawniczka Eleny i przyjaciółka rodziny Ricci od niepamiętnych czasów. Jej łagodne spojrzenie zatrzymało się najpierw na Rae, potem na Domenicu. – Che cosa? Perché? – spytał Domenico, opierając dłonie na biodrach. – Rae powinna zostać przynajmniej do jutra. Wtedy zostanie odczytany testament Eleny. Ostatecznie nadal należy do rodziny i jestem pewna, że Elena życzyłaby sobie, by była obecna. Rae usiłowała ukryć zdumienie. Ze wszystkich ludzi w tym domu Alessandra najmniej nadawała się na jej adwokatkę. W każdym razie do tej pory nigdy nie okazywała jej większej sympatii. Domenico zaklął po włosku i uniósł ręce w górę. – Chcesz powiedzieć, że ciotka uwzględniła ją w ostatniej woli? Nadia miała nadzieję, że nie przyjechała za późno. Kiedy zbliżyła się do bram pałacu, ujrzała grupy młodych kobiet, które właśnie z niego wychodziły. Wbiegła do budynku, przeciskając się przez zgromadzony wewnątrz tłum. Najpiękniejsze kobiety w kraju zebrały się, by zostać przedstawione szejkowi Zayedowi Al Afzalowi, który został koronowany na głowę państwa. Najwyraźniej żadna z nich nie spełniała jego wysokich wymagań, gdyż, jak dotąd, wszystkie zostały odesłane. Cóż, będzie się musiała postarać. Nadia zebrała w rękę materiał spódnicy i zaczęła przemykać pomiędzy wychodzącymi w stronę drzwi gośćmi. Miała szczęście, bo strzegący ich ochroniarz akurat wdał się w rozmowę z jedną z wychodzących kobiet. To była jej szansa. Zaczęła biec przez rozległy hol, stukając obcasami po marmurowej posadzce. Bransoletki na jej przegubach i ozdobny pasek podzwaniały przy tym jak mała perkusja. Skierowała się prosto do otwartych drzwi, nie mając pojęcia, dokąd one prowadzą. Za wszelką cenę musiała zobaczyć się z szejkiem Zayedem Al Afzalem. Wbiegła do przestronnej komnaty i, ku swemu zaskoczeniu, ujrzała siedzącego na ozdobnym tronie szejka. Przez chwilę oboje patrzyli na siebie w milczeniu. Nadia poczuła, jak obcisły top wciska się w jej ciało, a ozdobny pas uwiera w talię. Przynajmniej zwróciła na siebie jego uwagę. Czuła, że wzrok szejka obejmuje jej półnagie ciało i ten fakt wprawił ją w zmieszanie. Wiedziała, że to jej jedyna szansa, mimo to trwała w bezruchu, jakby ją ktoś zauroczył. Szejk Zayed wyglądał zupełnie inaczej, niż go sobie wyobrażała. Wysoki, przystojny, wyciągnął przed siebie długie nogi, krzyżując je w kostkach. Był ubrany w białą koszulę, europejski garnitur i krawat, który teraz był rozluźniony i lekko przekrzywiony na bok. Choć sprawiał wrażenie zrelaksowanego, jego ręce były kurczowo zaciśnięte na głowach lwów zdobiących poręcze tronu. Nadia spojrzała szejkowi prosto w oczy. To, co w nich zobaczyła przeraziło ją. Spodziewała się ujrzeć zimne, okrutne oczy zabójcy, tymczasem patrzyła w piękne, łagodne, wszystkowidzące oczy koloru ciemniej czekolady. To były oczy, których spojrzenie bez trudu mogłoby usidlić każdą kobietę. Usłyszała za sobą ciężki oddech ochroniarza i po chwili poczuła na ramieniu uchwyt jego dłoni. – Proszę wybaczyć, wasza wysokość, ale tej udało się przemknąć obok nas. Tej? Jak śmiał się tak o niej wyrażać? – Będę wdzięczna, jeśli zabierze pan ręce. Ochroniarz zawahał się. – Słyszałeś, co powiedziała ta pani. – Zayed wstał. – Puść ją. Ochroniarz natychmiast wypełnił polecenie i cofnął się krok z lekkim skinieniem głowy. – Dla twojej informacji, życzę sobie, aby moje polecenia były wypełniane w cywilizowany sposób. Nie będę tolerował żadnej brutalności i przemocy. – Tak jest, wasza wysokość. Nadia spojrzała na ochroniarza z lekką naganą, celowo pocierając ręką miejsce, które przed chwilą ściskał. – A więc, młoda damo – Zayed zwrócił się w jej stronę – jak ma pani na imię? – Nadia – powiedziała głośno i wyraźnie. – Cóż, Nadio, obawiam się, że będę zmuszony poinformować panią, że odbyła pani tę podróż na próżno. – Stał przed nią wyprostowany, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. – Nie mam zwyczaju wybierać sobie towarzystwa w sposób, w jaki zostało to dziś zorganizowane. Jestem zmuszony przeprosić panią za niedogodności, jakie musiała pani z tego powodu ponieść. Nie wiedzieć czemu, zabrzmiało to bardziej jak reprymenda niż przeprosiny. – Ale, wasza wysokość… – Otworzyła szeroko oczy, po czym spuściła wzrok, z nadzieją, że wyglądało to kusząco. – Skoro już tu jestem, dlaczego nie miałabym urządzić dla waszej wysokości małego pokazu? Nie czekając na odpowiedź, zaczęła wolno i z pewnym wahaniem kręcić biodrami w sposób, w jaki robiły to tancerki w jej własnym pałacu, kiedy chciały dostarczyć rozrywki ojcu i bratu. Niejednokrotnie przyglądała się im z ukrycia, a potem naśladowała ich ruchy w swoim pokoju. Teraz musiała sobie tylko przypomnieć to, czego się wówczas nauczyła. Uniosła ramiona nad głowę, splotła dłonie w kuszącym geście, poruszając jednocześnie prowokacyjnie biodrami. Bransolety i pasek lekko przy tym podzwaniały, a stopy dreptały w miejscu. – Młoda damo. – Zayed zszedł z podestu i ruszył w jej stronę. Taniec Nadii z każdą chwilą stawał się coraz bardziej śmiały. Nie miała już nic do stracenia. Czuła się upokorzona i tym śmielej poruszała przed nim brzuchem i biodrami. Zayed stanął tuż przed nią. Wysoki, ciemny, trochę przerażający. Mimo to nie przestała. Ze wzrokiem wbitym w jego pierś kreśliła dłońmi w powietrzu skomplikowane wzory. – Chyba nie wyraziłem się dostatecznie jasno. – Silne dłonie chwyciły ją za nadgarstki, po czym opuściły jej ręce wzdłuż tułowia. Delikatnie, ale stanowczo odwrócił ją o sto osiemdziesiąt stopni. – Drzwi są tam. Zayed popatrzył za młodą kusicielką, która, odprowadzana przez ochroniarza, pospiesznie szła w stronę drzwi. Sprawiała wrażenie osoby, która jak najszybciej chce opuścić miejsce, w którym się znajduje. Trochę go to zdziwiło, zważywszy na fakt, że jeszcze przed chwilą tak kusząco przed nim tańczyła. Musiał przyznać, że zrobiła na nim wrażenie. Była piękną kobietą i widok jej jasnego ciała zadziałał na jego zmysły silniej, niżby chciał to przed sobą przyznać. W innych okolicznościach zapewne z przyjemnością zawarłby z nią bliższą znajomość. Ale nie tutaj i nie tak. Być może miał opinię kobieciarza, ale miał też swoje zasady. Wybieranie spośród kobiet, które były mu prezentowane niczym bydło na targu, zupełnie go nie bawiło. Zastanawiał się, skąd taka kobieta jak Nadia znalazła się pośród nich. Zdjął marynarkę i przerzucił ją przez ramię. Co się stało z jego życiem? Jeszcze kilka miesięcy temu prowadził firmę, podróżował po świecie, zarabiał pieniądze, przejmując upadające firmy i stawiając je na nogi. Tymczasem matka nakazała mu powrót do domu, do królestwa Gazbiyaa. Dowiedział się, że to on, a nie jego starszy brat Azeed ma zostać szejkiem. Ta decyzja była ogromnym zaskoczeniem dla nich obojga. Zayed zupełnie nie był przygotowany do tej roli, podczas gdy Azeed przez całe życie był wychowywany w świadomości, że przejmie władzę po ojcu. Świeżo koronowany szejk Zayed Al Afzal, oficjalny władca królestwa Gazbiyaa, rozejrzał się po pustej sali. Będzie musiał wprowadzić tu sporo zmian. Zamierzał czym prędzej wprowadzić tu swoje rządy, by nigdy więcej nie uczestniczyć w czymś takim jak dzisiejsza szopka. Harem. Skąd w ogóle taki pomysł? Niestety zbyt późno dowiedział się o całej imprezie, żeby ją odwołać. Większość kobiet była już na miejscu i nie pozostawało mu nic innego, jak je przyjąć. Przed jego oczami przewinął się cały korowód pięknych kobiet, paradujących przed nim i wdzięczących się niczym łabędzice. W końcu jego cierpliwość się wyczerpała i kazał je wszystkie odprawić. Kiedy podniesionym głosem wydał polecenia, aby natychmiast opuściły pałac, na ich twarzach odmalowało się przerażenie. Był zły na siebie, nie na nie, ale one oczywiście nie mogły o tym wiedzieć. Był wściekły na to, że musi prowadzić życie, którego wcale nie pragnął. Tylko ta ostatnia, Nadia, różniła się od pozostałych. W jej oczach nie dostrzegł strachu. Wyszła pospiesznie, ale wyprostowana, dumna i bynajmniej niespeszona. Nagle złapał się na tym, że usiłuje sobie przypomnieć kolor jej oczu. Były niebieskie? Szare? A może fiołkowe? Zayed potrząsnął głową i wyszedł z pokoju. O czym on w ogóle myśli? Czyżby nie miał teraz większych zmartwień? Kiedy chłodne powietrze owiało jej rozgrzane ciało, Nadia mimowolnie zadrżała. Co teraz? Ochroniarz odprowadził ją do samej bramy i zamknął ją za nią z głośnym trzaskiem. Patrzyła, jak stanął w drzwiach pałacu, upewniając się, że nie przemknie obok niego jak poprzednio. Cóż, będzie musiała przejść do planu B. Jedno było pewne: nie zamierzała się poddać. Nie teraz, kiedy na własne oczy zobaczyła szejka Zayeda Al Afzala. I to niezależnie od wyrazu niesmaku, jaki dostrzegła na jego twarzy po tym, jak urządziła dla niego to małe przedstawienie. Owszem, czuła się upokorzona, ale nie mogła zaprzeczyć, że jego osoba zrobiła na niej ogromne wrażenie. Wysoki, doskonale zbudowany, był niezwykle przystojnym mężczyzną. Ale było w nim coś więcej: niewątpliwa inteligencja, obycie i pewność siebie, które, wraz z jego pociągającym wyglądem, tworzyły piorunującą mieszankę. Nadia nigdy wcześniej nie poznała kogoś takiego jak on. Ten człowiek budził w niej zupełnie nowe uczucia, których nawet nie potrafiła nazwać. Skrzyżowała ramiona na piersiach i zaczęła rozcierać zziębniętą skórę. Popatrzyła na pałac, którego rozświetlone okna lśniły w ciemności niczym lampy jakiegoś UFO. Pałac Gazbiyaa nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do bogactwa i wpływów jego mieszkańców. Życie w pałacu nauczyło ją jednego: zawsze jest jakiś sposób, żeby się dostać do środka, musi go tylko znaleźć. Właśnie miała zacząć to robić, kiedy jej uwagę przyciągnął ruch, który dostrzegła w jednym z okien. Skryła się w cieniu, żeby nie zostać dostrzeżoną. Jedno z francuskich okien otworzyło się na oścież i dostrzegła w nim sylwetkę Zayeda. Czwarte okno w lewym skrzydle. Serce zabiło jej żywiej. Tam właśnie musi się dostać, żeby popełnić najniebezpieczniejszy i, być może, najgłupszy czyn swojego życia. Musi znaleźć sposób, żeby tam wejść. Zayed z przyjemnością wciągnął w nozdrza słodki zapach nocnego powietrza. Pod nim rozciągało się jego królestwo. Niedawno wzniesione drapacze chmur sięgały nieba, stanowiąc żywy dowód ludzkiego geniuszu i wyobraźni. Każdy kolejny był wyższy, wspanialszy od poprzedniego. Marzeniem jego brata było uczynienie z królestwa Gazbiyaa głównego gracza nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale także w świecie. Pytanie tylko, jakim kosztem? Azeed był tak zdeterminowany, że, gdyby został szejkiem, bez wątpienia nic nie byłoby go w stanie powstrzymać przed usiłowaniem wprowadzenia tego planu w życie. To dlatego ich matka złamała swój ślub milczenia i zainicjowała szereg działań, które doprowadziły do tego, że to jej młodszy syn objął tron. Poprzez odgłosy miasta Zayed usłyszał wezwanie do modlitwy, płynące z dziesiątków minaretów rozmieszczonych w różnych punktach miasta. Wszedł do sypialni i skierował się do łazienki, żeby wziąć prysznic. Miał za sobą długi i męczący dzień. To azam stworzył Nadii szansę. Ruszyła wzdłuż muru na tyły pałacu, ale tam bramy również były zamknięte. Dostrzegła jednak grupę ubranych na biało mężczyzn, z których jeden za pomocą pilota otworzył jedną z bram. Nadia niepostrzeżenie wsunęła się za nimi, zanim ciężkie drzwi zamknęły się z głuchym łoskotem. Cały czas ukrywając się w cieniu, ruszyła w stronę pałacu. Minęła pięknie utrzymane trawniki, palmy i fontanny i skierowała się do kuchennych drzwi. Zatrzymała się na chwilę pod drzewem granatu, żeby odetchnąć i zastanowić się, co robić dalej. Drzwi kuchni otworzyły się i stanął w nich jeden z ochroniarzy, rozmawiając przez telefon. Gdyby zdołała odwrócić jego uwagę, mogłaby wślizgnąć się do środka. Rozejrzała się wokół i sięgnęła po leżący na ziemi owoc granatu. Mogłaby rzucić go gdzieś na bok. Wtedy strażnik na pewno zainteresowałby się tym, co spowodowało ten hałas, a ona weszłaby do pałacu. Zdjęła bransoletki z ręki, zrobiła zamach i rzuciła owoc tak daleko, jak zdołała. Rezultat przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Granat wylądował na masce czarnej limuzyny, której początkowo nawet nie zauważyła. Ochroniarz natychmiast ruszył, żeby sprawdzić, co się tam dzieje, a ona w jednej chwili znalazła się w pałacu. Na szczęście o tej porze kuchnia była całkowicie pusta. Zaczęła zaglądać do poszczególnych pomieszczeń, aż w końcu odnalazła schody dla służby. Wbiegła po nich niemal w panice, mając świadomość, że robi coś bardzo, bardzo niebezpiecznego. Zatrzymała się dopiero na czwartym piętrze, z trudem łapiąc powietrze. Ostrożnie wyjrzała na korytarz. Był pusty. Czwarte okno we wschodnim skrzydle. Powinna pójść tym korytarzem do końca, skręcić w lewo i odliczyć drzwi. Położyła rękę na klamce. Jeśli się nie myliła, za chwilę znajdzie się w sypialni szejka Zayeda Al Afzala. Ostrożnie nacisnęła ciężką ołowianą klamkę. Teraz już nie mogła się wycofać. Niezależnie od tego, co ją czekało za drzwiami, wiedziała, że jej życie nie będzie już takie jak dotąd. Zayed wycierał się po kąpieli, kiedy usłyszał za drzwiami jakiś hałas. Znieruchomiał. Ktoś był w jego sypialni, co do tego nie miał wątpliwości. Zaczął nasłuchiwać, ale tym razem niczego nie usłyszał. Jednak szósty zmysł mówił mu, że nie jest sam. Oczywiście, jak zwykle, pomimo upomnień ochroniarzy nie zamknął drzwi na klucz. Kto by pamiętał o takich drobiazgach? Teraz, rzecz jasna, żałował, że nie posłuchał ich rady. Rozejrzał się wokół siebie w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu służyć jako broń, nic jednak nie wpadło mu w oko. Będzie musiał użyć mięśni i własnej inteligencji. Był silny, wysportowany i wiedział, jak rozbroić napastnika, zwłaszcza wykorzystując element zaskoczenia. Co jednak zrobi, jeśli się okaże, że napastników jest więcej? Cóż, nie miał wielkiego wyboru. Przewiązał w pasie ręcznik i ruszył do pokoju. Nadia zrobiła głęboki wdech, wsunęła się do sypialni i znieruchomiała. Ujrzała ogromne łoże z baldachimem. Czy w nim był? Podeszła na palcach bliżej i ostrożnie rozchyliła draperie. Łóżko było puste. Zapewne jest w łazience. Powoli wypuściła powietrze. Zrzuciła sandały i wsunęła się do łóżka. Oparła głowę na poduszce i przykryła się satynową narzutą. Była gotowa na przyjęcie swojego losu. Po chwili usłyszała dziwny hałas, przypominający ryk jakiegoś zwierzęcia, przez mgnienie oka ujrzała nad sobą szeroką pierś i rozłożone ramiona, po czym poczuła, jak zwala się na nią ciężkie, niemal nagie i nafaszerowane adrenaliną męskie ciało. – Kim jesteś i czego chcesz? – spytał Zayed, przyciskając jej głowę do poduszki. Nadia nie była w stanie wydobyć z siebie głosu i z trudem oddychała. Powoli odwróciła głowę, mając nadzieję, że Zayed ją rozpozna i pozwoli sobie wytłumaczyć. Jednak jego oczy, które znajdowały się kilka centymetrów od jej własnych, były pełne złości. Wszystko, co dostrzegła w wyrazie jego twarzy, mówiło jej, że napytała sobie wielkiej biedy. Zayed sprawiał wrażenie, jakby chciał ją zabić. Zamordowana w królewskim łożu, pokrojona na kawałki i rzucona na pokarm pałacowym sokołom. – To tylko ja – oznajmiła pełnym przerażenia głosem. – Nadia. – Poruszyła się, próbując się uwolnić z jego uścisku, ale to sprawiło jedynie, że ich ciała znalazły się jeszcze bliżej siebie. – Wiem, kim jesteś. Nie rozumiem tylko, co robisz w moim łóżku. – Palce jego dłoni mocniej zacisnęły się na jej ramieniu. – Żądam odpowiedzi. Nadia wiedziała, że jeśli teraz go nie przekona, jest zgubiona. – Wasza wysokość, zapewniam, że moje zamiary są całkowicie pokojowe. Po prostu poczułam gwałtowną potrzebę ujrzenia waszej wysokości jeszcze raz. – Nie wątpię – powiedział drwiącym głosem. – Mimo to spytam cię, dla kogo pracujesz i czego chcesz? – Naprawdę jestem tu całkowicie z własnej woli. – Nie wierzę ci. Jesteś tu, żeby odwrócić moją uwagę? Wskoczyłaś mi do łóżka, a zaraz pojawią się twoi kolesie, żeby poderżnąć mi gardło? – Nie przestając jej trzymać, odwrócił się za siebie, żeby zobaczyć, czy nikogo tam nie ma. Ich biodra zetknęły się przy tym bezpośrednio. – Nic podobnego, ja tylko… – A może chodzi o mojego ojca? Wiem, że ma wielu wrogów. – Nie. Musisz mi uwierzyć. Nie dybię na niczyje życie. Nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie nic zrobić. Leżała rozciągnięta na łóżku, z rękami unieruchomionymi ponad głową, przygwożdżona ciężarem męskiego ciała. To, co teraz odczuwała, nie miało nic wspólnego z agresją. Nabrała głęboko powietrza, ale to tylko pogorszyło sprawę, ponieważ wciągnęła w nozdrza jego zapach, od którego zakręciło jej się w głowie. – W takim razie wytłumacz mi, co tu robisz, Nadia? – Jego twarz znajdowała się w tej chwili kilka centymetrów od jej własnej. – Masz dokładnie sześćdziesiąt sekund, żeby powiedzieć mi prawdę. – Zrobię to, jeśli tylko mnie puścisz. – Nic z tego. Albo natychmiast powiesz mi, o co chodzi, albo zawołam pałacową straż. – Nie, nie rób tego! Nie tak to sobie zaplanowała. Miała go uwieść, a nie skończyć jako jego więzień. Chciała doprowadzić do zaręczyn, aby uniknąć zbrojnego konfliktu, który groził ich krajom. Taki miała plan. Teraz widziała jednak, że nic z tego nie będzie. Mężczyzna, którego zamierzała uwieść, sprawiał wrażenie, jakby chciał ją zabić, a nie pokochać. Nie chciała się jednak poddać. – Powiem wszystko, ale żądam, żebyś uwolnił moje ręce. – Żądasz? A to dobre.

## Wydania

### Pałac w Wenecji / Kim jest moja żona?

- Wydawnictwo: harlequin
- Przekład: Dorota Viwegier-Jóźwiak, Agnieszka Wąsowska
- ISBN: 978-83-2912-337-2
- Liczba stron: 320
- Data wydania: 2026-11-10
- Język: pl_PL