Mężczyzna po prostu uciekła, zostawił rodzinę. Młodszą od siebie o rok piękną, subtelną żonę. Marta miała klasę, urok, inteligencję. Miała wszystko oprócz tego jednego, co nagle urosło do muru nie od obalenia. Marcin był bystrym, uśmiechniętym, trzyletnim łobuziakiem. Janusz kochał ich oboje. Uważał z całkowitym przekonaniem, że uczucie to było niewymierzalnie głębokie, nieskończenie mocne. Był szczęśliwy, mocny dzięki miłości. Nieraz o tym myślał. Nic więcej się dla niego nie liczyło. Zrobiłby dla Marty i Marcina wszystko. Dałby życie. Ale jednak nagle uciekł. " Wyszedł do kiosku po papierosy", tak jak zrobiło i zrobi to jeszcze wielu mężczyzn. Nagle nie chciał żony i syna już więcej widzieć. Postanowił wymazać ich ze swojej pamięci. Na zawsze. Dokonał tego ze straceńczą determinacją. Zabrało mu to parę lat. Ale efekt był. Wypluł oboje z siebie skutecznie, bez skrupułów, bez śladu... Ale dwadzieścia osiem lat potem wyrzucona tak gwałtownie i tak skutecznie przeszłość nagle wróciła i dała mu potężnego kopa, który go zgiął w pół, przygiął do ziemi, zabrał oddech, posiniaczył i połamał żebra. Dotychczasowe życie, z takim trudem sklejone po następnym, nieudanym małżeństwie, rozpadło się na drobne kawałki. Duch przeszłości ożył nagle, zmaterializował się skowycząco boleśnie w przystojnym, trzydziestoletnim mężczyźnie, który go nagle odwiedził...