Miałem swój obraz Ameryki. Budowlę tę konstruowałem przez wiele lat studiów i lektur, a wykończyłem podczas dość długiego pobytu w Stanach w 1975 roku. I nagle, pierwszego dnia ostatniej wizyty w Ameryce, cała ta budowla mi się zawaliła. Szedłem Trzecią Aleją w dół miasta, od Osiemdziesiątej Ósmej do Sześćdziesiątej ulicy. Zrazu odczułem jakiś nieokreślony niepokój; nie strach przed czymś konkretnym, ale właśnie niepokój. Zorientowałem się, że podświadomie staram się nie patrzeć na witryny sklepów, na mijających mnie przechodniów, patrzę pod nogi. Kilka ulic dalej przystanąłem i bardziej czułem, niż wiedziałem, że tak pieczołowicie wykańczana budowla leży w gruzach. I że teraz muszę z tych gruzów od początku wyciągać pojedyncze cegły, dokładnie im się przyjrzeć i może zbudować coś nowego. Albo jedynie – tak jak to bywa w rzeczywistości – posortować je na kupki, odrzucić uszkodzone, resztę zaś pozostawić niezbyt dobrze uporządkowaną. (fragment)