Są książki, które podświetlają „ skórę i żebra”. Druga książka poetycka Zu Witkowskiej nie tyle przygląda się ranom, ile zamienia ból w przedmioty: krater, muszlę, rtęć. Poetka gra z nami w znikanie – jej wiersze są jednocześnie pocałunkiem „ na szczęście” i potasem „ na nabłonku wody”. Tu nie ma stabilizacji, jest migotanie kontrastów. Gwiazda przekształca się w „ pulsującą latarnię”, „ ślady, jeszcze miękkie i ciepłe” – w „ przygodne skamieliny”, a ciała rozpadają się na „ cząstki, cząsteczki”. To poezja transmutacji: wiersze wirują jak tancerka pod szklaną kopułą „ w wystudiowanej pozie”, odwracając uwagę od tego, co naprawdę boli. Witkowska nie obiecuje prostego pocieszenia. Jej Podręcznik… to instrukcja obsługi świata po rozpadzie, w którym nawet „ wata cukrowa z oddechów” może okazać się pułapką. Jednak – mimo wszystko – jest w tej poezji jakaś perwersyjna nadzieja: jeśli już musisz lizać rany, rób to „ z diabelskim uśmiechem”. I miej pod ręką szwajcarską czekoladę – „ czym naszprycowaną?”