- 2026
- rok wydania
- 160
- stron
- polski (Polska)
- język
- Softcover
- typ okładki
- Wydawca
- harlequin
- Przekład
- Adam Bujnik
- Tytuł oryginału
- Greek Pregnancy Clause · angielski
- ISBN-13
- 978-83-2912-340-2
- EAN
- 9788329123402
- Data wydania
- 2026-10-27
- Książka
- Sycylijskie zaręczyny · 1 wydanie
Przedstawiamy " Sycylijskie zaręczyny" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE. Odessa Santella wie, że po śmierci jej ojca – szefa mafii – rodzina zmusi ją do poślubienia dużo starszego i znienawidzonego mężczyzny. Musi coś wymyślić, żeby do tego nie dopuścić. Gdy na pogrzebie zjawia się jej dawny przyjaciel, Ares Zanelis, prosi go o pomoc. Jest gotowa wiele dla niego zrobić, jeśli tylko zgodzi się ogłosić ich zaręczyny, zanim zostanie zmuszona do przyjęcia oświadczyn innego. Ares ma żal do Odessy za to, co się wydarzyło w przeszłości, ale zawsze ją uwielbiał, a jej obietnica jest zbyt kusząca, by odmówić. Już wie, o co poprosi ją w zamian… Fragment książki Trudno sobie wyobrazić piękniejszy dzień na to, by zostać sierotą. Walcząc z tą z gruntu bluźnierczą myślą, Odessa Santella wzięła głęboki oddech. Wciągnęła do płuc słoną morską bryzę. Potem wystawiła twarz do słońca w nadziei, że rozgrzeje ono jej zimne, skostniałe wnętrze. Zsunęła buty, bosymi stopami stając na szorstkich kamykach, by związana z tym niewygoda pomogła jej wrócić do rzeczywistości. By jak najlepiej zapamiętać ten dzień, w skupieniu obserwowała migotliwe odblaski wody, zupełnie nie zwracając uwagi na urwiste zbocze i śmiertelnie groźne skały rozpoczynające się w odległości zaledwie kilku metrów od niej. Ciszę doskonałej pogody zakłóciło nagle ostentacyjne chrząknięcie. – Signorina… Odkąd sięgała pamięcią, ludzie z otoczenia jej ojca często kierowali do niej słowa, w których pobrzmiewało ostrzeżenie. I choć ojciec już nie żył, a jego zwłoki właśnie doświadczały ostatniej posługi, Odessa i tak nie mogła się od niego uwolnić – o co on wcześniej zadbał z właściwą mu skrupulatnością i okrucieństwem. Przyjmując ostrzeżenie, zrobiła więc krok do tyłu, a potem następny, i założyła buty. Gdy Elio Santella przegrał walkę z rakiem, myślała, że wreszcie będzie wolna. Jaka była wtedy głupia! A teraz ukradkiem spoglądało na nią dwadzieścia par oczu próbujących rozstrzygnąć, czy stanie się dla nich problemem do załatwienia, czy – wzorem innych kobiet w rodzinie – nie wychyli się i pozostanie na swoim miejscu. Szczególnie jedna para oczu, ciemnych jak sadza i śmiercionośnych jak żmija, przyprawiała ją o dreszcze. Vincenzo Bartorelli nie krył swoich zamiarów od momentu, gdy skończyła dwadzieścia jeden lat. I tylko ze względu na całą serię niefortunnych zdarzeń, przez które Vincenzo popadł w niełaskę u ojca, przez ostatnie siedem lat Odessa była w stanie uchronić się przed jego niechcianymi zalotami. Teraz jednak, po śmierci ojca, ten ponad dwa razy starszy od niej mężczyzna ślinił się do niej nieustannie, do czego też w ostatnich dniach miał znacznie więcej okazji. I gdyby nie wuj Flávio, który zdołał zastrzec sobie prawo pierwszeństwa do posiadłości, którą trzydzieści lat wcześniej wybudował jej ojciec, Vincenzo zapewne wprowadziłby się już do tej dwudziestopokojowej rezydencji, którą ojciec zwał swoim zamkiem, a ona – więzieniem. Odessa spojrzała więc teraz na wuja w nadziei, że w jego oczach znajdzie potwierdzenie, że koszmar, którego się obawia, to jedynie produkt jej wyobraźni. Z surowego spojrzenia wuja wyczytała jednak tylko naganę, że bezcześci i opóźnia ceremonię, oraz ostrzeżenie, by nie ważyła się robić scen. W ostatnich miesiącach przed śmiercią, na wieść o tym, że choroba jest nieuleczalna, jej ojciec – budzący powszechny postrach, bezwzględny szef mafii – stał się jeszcze bardziej zgorzkniałą i okrutną wersją siebie. Elio nie zamierzał odejść z tego świata w pokoju, winą za swoją śmierć obarczając wszystkich i wszystko wokół, tylko nie drogie cygara, które przez pięćdziesiąt lat palił codziennie. Odessa wsłuchiwała się w słowa zaintonowanej przez księdza pieśni sławiącej pokój i zbawienie. Z zadumy wyrwały ją narastające wokół grobu szmery. – A ci skąd się tutaj wzięli? – Czy to na pewno on? – Byłam pewna, że nigdy się tu już nie pojawi. – A słyszałeś, jaki jest teraz bogaty? Ten ostatni komentarz natychmiast przyciągnął uwagę wuja Flávio, którego życie koncentrowało się wyłącznie wokół dwóch spraw: władzy i pieniędzy. Mając świadomość, że jej własny los jest istotną częścią tworzonych przez wuja planów, Odessa oderwała wzrok od trumny ojca, ze ściśniętym sercem oczekując kolejnego nieszczęścia. I wówczas jej serce przestało bić. Co tutaj robi ten człowiek? Arystoteles Zanelis. Dla niej: po prostu Ares. Odkąd widziała go po raz ostatni, wiele lat temu, Ares zdołał podbić świat, kształtując go teraz według własnej woli. Odessa dostrzegła również drugiego, niższego mężczyznę: Sergiosa Zanelisa, ojca Aresa. Przez prawie dwadzieścia lat Sergios pracował jako prywatny szofer jej ojca, do chwili, gdy w wyniku wyniszczającego stawy artretyzmu oraz bezwzględności swojego pracodawcy został zmuszony do porzucenia pracy. – Kto go tu zaprosił? – warknął Flávio. – To twoja sprawka? – Nie – stanowczo zaprzeczyła Odessa, ciągle nie potrafiąc oderwać oczu od wysokiego, barczystego mężczyzny, który patrzył na nich takim wzrokiem, jakby był właścicielem ziemi, po której stąpają. Zważywszy na to, jak się rozstali dziesięć lat wcześniej, Odessa nie odważyłaby się teraz zwrócić do niego z czymkolwiek. Jej serce wypełnione było z jednej strony poczuciem wstydu, z drugiej zaś – świętego oburzenia, więc gdy Ares zaczął się do niej zbliżać, czuła, że zaczyna się dusić. – Kim jest ten facet? – warknął Vincenzo. Wuj Flávio bez słowa ruszył przez trawnik w stronę niespodziewanych gości. Odessa zaś jęknęła z bólu, czując miażdżący uścisk na jednym z nadgarstków. – Odpowiadaj, jak do ciebie mówię, dziewczyno – ponownie warknął jej do ucha Vincenzo. – Puść mnie! Ból i świadomość, że po uścisku zostanie siniak, ścisnęły jej żołądek, dając dobitny przedsmak tego, co może ją czekać. Próbowała wyrwać rękę, ale uścisk tylko się zwiększył. Już miała zaprotestować głośniej, gdy obok niej pojawił się Ares Zanelis, blokując swoim ciałem dostęp promieni słonecznych. – Puść ją. Surowy, wściekły, zwierzęcy ton tego polecenia zjeżył Odessie włosy na szyi; podobnie jak dziki wzrok, którym Ares przeszywał napastnika. Oczy Vincenzo rozszerzyły się w geście przerażenia, i posłusznie wykonał rozkaz. Dopiąwszy swego, Ares przeniósł wzrok na Odessę. Rozcierając piekący nadgarstek, uniosła głowę i spojrzała w zimne, orzechowe oczy mężczyzny, który kiedyś był panem jej myśli. Wówczas bez trudu odczytywała każdy wyraz jego twarzy, teraz jednak stał przed nią bez słowa, jak mroczna, niedostępna wieża. Jego obecność – w miejscu, które kiedyś opuścił bez pożegnania – wywoływała w Odessie silny niepokój. – Ja… Ares… Dziękuję, że przyjechałeś na pogrzeb – plątała się nerwowo w słowach. – Podziękowania trzeba kierować pod inny adres – odparł Ares, głosem głębszym niż przed laty. Zanim zdążyła zapytać, co ma na myśli, podszedł do niej jego ojciec. Jak prawie zawsze, na twarzy Sergiosa gościł szeroki uśmiech – tylko trochę przyćmiony ze względu na powagę chwili. – Miło cię widzieć, Odesso – rzekł Sergios Zanelis, chwytając ją lekko za ręce. – Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci nasza obecność tutaj. Uważałem, że musimy oddać hołd twojemu ojcu, który przez dwadzieścia lat dawał mi pracę, o czym nigdy nie zapomnę. Słysząc słowa ojca, Ares zacisnął szczękę – nie było najmniejszej wątpliwości, że jest to ostatnie miejsce, w którym pojawiłby się sam, gdyby nie namowy ojca. Odessa wiedziała też, że pozytywne spojrzenie na przeszłość, które demonstrował Sergios, zupełnie nie pokrywa się z tym, jak minione zdarzenia widzi Ares. Odessa nawet nie próbowała wmawiać sobie, że gdyby nie pogrzeb, to przez kolejne kilkadziesiąt lat nic nie wiedziałaby o życiu Aresa Zanelisa. Choćby dlatego, że wieści o jego bogactwie i wpływach nierzadko stanowiły główny temat doniesień prasowych czy wpisów w mediach społecznościowych. Stąd na przykład wiedziała, że jeszcze się nie ożenił. I że jego związki – z księżniczkami, aktorkami i supermodelkami, które często niemal ustawiały się w kolejce po jego względy – zawsze trwają zaledwie po kilka miesięcy. Stąd wiedziała również, że jedyną stałą osobą w życiu Aresa jest jego ojciec. Gdy cztery lata temu dowiedziała się o wypadku samochodowym, który ich obu prawie pozbawił życia. Przez trzy tygodnie, podczas których Ares pozostawał w śpiączce w kalifornijskim szpitalu, każdego dnia o świcie udawała się do prywatnej kaplicy rodziny Santellów, gdzie modląc się, składała żarliwe obietnice, których nie była pewna, czy potrafiłaby dotrzymać. A teraz, świadoma gęstniejącej ciszy, a zwłaszcza przenikliwego jak laser spojrzenia Aresa, przełknęła ślinę, zmuszając się do uśmiechu. – To bardzo miło z pana strony, że przybył pan na pogrzeb, panie Zanelis. Dziękuję. I były to szczere słowa, bo na tle całego morza osobników o nikczemnych zamiarach – gotowych na wszystko, by pokonać konkurencję i stanąć na czele przestępczego klanu Santellów – widok tego zawsze pogodnego starszego mężczyzny działał na jej duszę jak balsam. Rozmawiając z jego ojcem, czuła na sobie ciężki wzrok Aresa, który jakby starał się ocenić poziom szczerości jej słów. Wymowne chrząknięcie księdza dało sygnał, by wszystkie głowy ponownie zwróciły się w jego stronę. Odessa utkwiła wzrok w trumnie, Ares zaś i jego ojciec stanęli po jej lewej i prawej stronie. Podczas następnych trzydziestu minut nabożeństwa w głowie Odessy powstał zalążek desperackiego planu… Czasami nie potrafiła odczytać wyrazu twarzy wuja Flávio, ale on zawsze poruszał się w granicach emocji, które dobrze znała z twarzy ojca i innych członków rodziny czy ich tak zwanych „ partnerów biznesowych”. Był to świat skrywanych uraz, negatywnych osądów i pragnienia zemsty… W oczach Aresa dostrzegła zaś coś zupełnie innego – ślady uczucia, które myślała, że dawno już wygasło. I pożądanie… Gdy ceremonia dobiegła końca, Odessa wciągnęła do płuc niepewny oddech. Rzucając na opuszczaną do grobu trumnę ojca białą różę, którą wcześniej wyciągnęła z podstawionego jej wazonu, w zakamarkach duszy wiedziała, że w jej życiu musi zajść istotna zmiana. Bo jeśli miałaby pozostać w dusznym uścisku wuja Flávio i Vincenzo, to byłby koniec! Niestety, doskonale wiedziała, że prosta ucieczka nie jest w tym przypadku żadnym rozwiązaniem. Że musi zdecydować się na jakiś bardzo odważny ruch – na coś drastycznego… Coś, co ostatecznie spali wszelkie mosty, tak że nie będzie można ich odbudować. Bo jeśli się nie przyłoży… bo jeśli zrobi coś na pół gwizdka… Próbując usunąć z głowy przerażające myśli, obserwowała rozchodzących się żałobników, rzucając jednocześnie ukradkowe spojrzenia na stojących po obu jej stronach mężczyzn. Nagle poczuła, że za jej plecami jest ktoś trzeci. Spoglądając przez ramię, zobaczyła wuja Flávio, który stał ze wzrokiem utkwionym w Aresa. – Za chwilę w domu będzie stypa. Bylibyśmy zobowiązani, gdyby wziął pan w niej udział, panie Zanelis – zaprosił Aresa z wyrachowanym wdziękiem. Świadomy afrontu, jakiego właśnie doznawał jego ojciec, Ares wykrzywił twarz, choć Sergios zdawał się w ogóle tym nie przejmować. Ares spojrzał na Odessę, a potem odparł stanowczym tonem: – Tylko jeżeli życzy sobie tego Odessa. Dźwięk jej imienia na jego ustach – wypowiedzianego z lekkim, sugestywnym greckim akcentem, którego, choć dorastał we Włoszech, ewidentnie się nie pozbył – rozchodził się przyjemnym echem po ciele Odessy, docierając aż do miednicy. Jednak oczy Aresa sugerowały, że powinna odmówić, że on tego nie chce. Ona zaś wiedziała, że niezależnie od poziomu dystansu i niechęci z jego strony Ares nie może ich jeszcze opuścić. A w każdym razie jeszcze nie teraz. – Bardzo chciałabym, żebyś był na stypie. Ignorując zadowoloną minę wuja, zwróciła się następnie do Sergiosa. – Sergiosie, a ty masz czas, by wziąć udział w stypie? Prowadziła trochę ryzykowną grę, próbując wykorzystać sentyment, który zawsze miał do niej starszy Zanelis. Ares zmrużył oczy, natychmiast rozszyfrowując podstęp. Oczy Odessy zwrócone były jednak na jego ojca. – Oczywiście, moja droga – odparł Sergios, natychmiast oferując jej swoje ramię. Z uczuciem ulgi trzymała się go kurczowo przez całą drogę pod górę, z powrotem do domu, który – odkąd pamiętała – kojarzył jej się z więzieniem. Cały personel domu żył w nieustannym strachu. Wiadomo było, że każdy mankament zostanie napiętnowany, a najmniejsze naruszenie zasad może być bardzo surowo ukarane. Za przykład mógł służyć również słodki mężczyzna, który właśnie prowadził Odessę… natychmiast zwolniony z pracy, gdy okazało się, że jego palce toczy artretyzm – niedoskonałość, której nie zamierzał tolerować jej ojciec. Ares szedł obok niej w ciszy, z wypisaną na twarzy pogardą. Mimo to Odessa zamierzała wykorzystać go do tego, by odzyskać wolność. Myśl o niebezpiecznej drodze, na której miała się znaleźć, przeszywała ją dreszczem do tego stopnia, że zaczęła mylić krok. Za każdym razem jednak ratował ją zaskakująco mocny uścisk Sergiosa. – Teraz strata ojca może się wydawać nie do pokonania, ale to poczucie będzie się zmniejszać – rzekł Sergios, sądząc, że potyka się z żalu. – Nigdy nie zniknie, ale nauczysz się z tym żyć. Przyjmując słowa wsparcia po śmierci despotycznego ojca, za którym ani trochę nie tęskniła, Odessa czuła się jak oszustka. Wiedziała, że jeżeli tylko uda jej się stąd uciec, to jej noga więcej nie postanie na tej przeklętej ziemi. Weszli do największego salone – miejsca, z którego Elio sprawował władzę i panował nad podwładnymi. To właśnie w tym pomieszczeniu poinformował Sergiosa, że traci u niego pracę, bo stał się stary i bezużyteczny. To tutaj Elio zakazał Odessie dalszego kontaktu z Aresem Zanelisem – chyba że chce, żeby… I właśnie tutaj, zaledwie kilka miesięcy temu, oznajmił jej, że jednak poślubi Vincenzo Bartorelliego, mężczyznę starszego niż on, by w jednych rękach skoncentrować więcej władzy. Odessa nigdy nie wchodziła do tego pokoju bez absolutnej konieczności. Sztywne i niewygodne ciemnozielone meble spowijał duszący dym cygar. W takiej atmosferze mężczyźni planowali życie kobiet, oczekując od nich bezwzględnego posłuszeństwa… Odessa spojrzała na Aresa, zastanawiając się, czy pamięta noc jej siedemnastych urodzin, gdy o północy wykradli się z domów i siedzieli na krawędzi klifu z butelką Dom Perignon, którą ukradła ojcu… I jak potem leżeli na trawie, ponad wzburzonymi wodami, pod baldachimem z gwiazd i stykając się grzbietami dłoni… I jak na zmianę opowiadali sobie szeptem o swoich nadziejach i marzeniach. Czy on w ogóle czasami o niej myśli? Czy choć raz zastanawiał się, jak by to było…? – Boli cię? – spytał Ares, wyrywając ją z zadumy i wskazując na zaczerwieniony nadgarstek, dowód brutalności Vincenzo. – Hm… niespecjalnie. Miał teraz ciemniejszą twarz, a piwne oczy wyglądały jak odlane z brązu. – No to boli czy nie boli? Zdecyduj się – wycedził przez zęby, nie starając się nawet ściszyć głosu. – Dobra, trochę boli – mruknęła Odessa. – Możemy pogadać? Ares uniósł kruczoczarną brew. – A co my możemy mieć sobie do powiedzenia? Jestem tutaj tylko ze względu na… – Ojca, wiem. Ale proszę – szepnęła. – To ważne. Na jego twarzy pojawiła się mieszanina ciekawości, dezaprobaty i podejrzliwości. – Nie mam dużo czasu… – Odesso, potrzebuję cię na chwilę – nieprzyjemnym tonem przerwał mu Vincenzo. Serce Odessy zamarło, bo wiedziała, co ma się za chwilę wydarzyć. Słyszała wymieniane na ten temat po cichu informacje i wiedziała o sekretnych spotkaniach Flávio i Vincenzo na przestrzeni ostatniego tygodnia. Odessa rzuciła błagalne spojrzenie, nie przejmując się tym, że Ares będzie musiał dostrzec w jej oczach autentyczną prośbę o pomoc. Ale on tylko stał, bez słowa. A jej nerwy sięgały zenitu. I gdy już myślała, że nie ma wyboru, że będzie musiała wydać na siebie wyrok, publicznie odrzucając oświadczyny Vincenzo, odezwał się Ares: – Pańska sprawa musi poczekać. Odessa ma zraniony nadgarstek i trzeba się tym natychmiast zająć. Więc proszę nam wybaczyć… Słowa te jednak nie brzmiały jak prośba, a raczej jak celny docinek, zważywszy na to, jak czerwona zrobiła się twarz Vincenzo, gdy spojrzał na efekt swojego barbarzyństwa. Otworzył usta, ale nie dostał szansy na odpowiedź. – Gotowa? – spytał, zwracając się do Odessy. Skinęła głową, a on wziął ją pod rękę i poprowadził do najbliższych drzwi. Poczuła chwilową ulgę, dopóki nie zdała sobie sprawy, że ma przed sobą jeszcze stromą górę do zdobycia. Wiedziała jednak, że nie ma odwrotu, bo poślubienie Vincenzo Bartorelliego po prostu nie wchodziło w grę… Zważywszy na to, że Ares nie postawił w tym domu nogi od ponad dekady, a i wcześniej rzadko go do niego wpuszczano, wyjątkowo sprawnie poprowadził Odessę dwoma długimi korytarzami do małej biblioteki. Było to ulubione pomieszczenie jej matki. Tylko dlatego, że miejsca tego nienawidził jej ojciec, który – planując wydatki inwestycyjne – zawsze traktował je po macoszemu. Było to też ulubione miejsce Odessy, ale z innych względów – w nim czuła największą więź z matką. Czy to dlatego ją tu przyprowadził? Czy mógł w ogóle takie rzeczy pamiętać? – Dziękuję za twój czas – powiedziała Odessa i odchrząknęła. – Ja… – No, wyrzuć to wreszcie z siebie. Nie mamy całego dnia. Zirytowały ją te słowa i zanim zdążyła się powstrzymać, uniosła dumnie podbródek. – Potrzebuję twojej pomocy – wyznała. Wpatrywał się w nią przez chwilę, nie mrużąc oczu. – Wyjdźmy na moment z założenia, że w ogóle masz prawo o cokolwiek mnie prosić, i od razu przejdźmy do rzeczy: co uważasz, że mógłbym być skłonny dla ciebie zrobić?
